
Aktualności
Wyprawy
Wycieczki
Zawody
Polecamy
O Nas
Goście
|
Roztocze 15-22 sierpnia 2004
Dzień 1 (15 sierpnia, niedziela)
Kierunek Lwów
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów moglibyśmy przejechać prawie z zamkniętymi oczami, gdyż droga do Opoczna była nam już bardzo dobrze znana. Udaliśmy się do miejscowego kościoła na mszę św. Babki „posądziły” nas nawet, że jedziemy na pielgrzymkę do Częstochowy. Za Opocznem zrobiliśmy krótki popas na kurczaka zabranego z domu. W Petrykozach nie zatrzymywaliśmy się nawet przy klasycystycznym kościele, bo akurat odbywała się w nim msza. Teren na horyzoncie stawał się coraz bardziej urozmaicony, a to znak, że znajdujemy się już blisko Gór Świętokrzyskich. Za Gowarczowem trafiliśmy do miejscowości Komaszyce, w której podobno mieszka Katarzyna Gaertner (tak przynajmniej jest napisane w przewodniku Pascala autorstwa moich wykładowców z UŁ). Zaczęły się poważne piaski, czyli to z czego słyną okolice Końskich. Nadrabiając trochę drogi dotarliśmy do Starej Kuźnicy, w której jak nazwa wskazuje znajduje się zabytkowa kuźnia. Nie zwiedzaliśmy jej jednak, tylko pognaliśmy dalej niebieskim szlakiem przez obfite piaski wzdłuż rzeki Młynkowskiej. W Furmanowie zobaczyliśmy pozostałości zakładu hutniczego, a następnie przejeżdżaliśmy przez Kałuże, gdzie rzeczywiście trafiliśmy na liczne kałuże na drodze. Następny przystanek to źródełko i rezerwat geologiczny Skałki Piekło pod Niekłaniem. Kolejna okazja do nabrania wody to studnia w Rędocinie. Za wsią kończą się piachy, ale za to zaczynają się błota. W rezerwacie modrzewi ktoś łapie gumę, co nie działa dopingująco na pozostałą część grupy. Niedługo jesteśmy już w Skarżysku. Nie zwiedzamy dokładnie miasta, przejeżdżamy rzekę Kamienną i zaczynamy się rozglądać za noclegiem. Mijając polanę nad brzegiem rzeczki, wiedzieliśmy już gdzie będziemy dzisiaj nocować.
Przejechane: 128,8 km
Dzień 2 (16 sierpnia, poniedziałek)
Niespodziewany atak komarów
Poranek był bardzo chłodny, może kilka stopni powyżej zera, ale trzeba było ruszać. Założyliśmy całą garderobę na siebie i przejechaliśmy wzdłuż Kamiennej do Wąchocka trzęsąc się z zimna. Miejscowość kojarzy się wszystkim z dowcipami i sołtysem, ale warto tu przyjechać także ze względu na opactwo cystersów. W Wąchocku znajduje się pomnik sołtysa, który trzyma w ręku komórkę. Urząd sołtysa został tutaj zachowany, mimo że miejscowość jest obecnie miastem. Opuszczając je przejeżdżaliśmy przez most, który nie był pobudowany wzdłuż rzeki, jak to głoszą dowcipy. W Starachowicach udaliśmy swe pierwsze koła nad zalew, gdzie zjedliśmy śniadanie. Miasto nie przedstawia się atrakcyjnie, chociaż można stąd obserwować ładną panoramę Łysogór. Nadal podążaliśmy wzdłuż Kamiennej dobrze utrzymanymi drogami asfaltowymi. Szczerze mówiąc byłem dość zaskoczony jakością tutejszych dróg, nieporównywalnie lepszymi od tych z naszych okolic. O wiele gorsze drogi, już nie asfaltowe prowadziły nas przez Lasy Iłżeckie. Tutaj, gdzieś w głuszy oglądaliśmy prawdopodobnie najstarszą zachowaną kaplicę w Polsce. W planach miało być zwiedzanie Krzemionek Opatowskich, ale niestety dzisiaj jest poniedziałek i rezerwat jest nieczynny. Wynagrodził nam za to Bałtów swoim ładnym położeniem w przełomowym odcinku Kamiennej. Objechaliśmy miejscowy park z pałacem, zrobiliśmy zdjęcie z dinozaurem stojącym przed urzędem gminy, ale najwięcej czasu zabrało nam poszukiwanie źródełka. Trochę czasu zabrało nam również znalezienie właściwej drogi, gdyż znaleźliśmy się w obszarze, nie objętym żadną z moich dokładniejszych map. Orientacyjnie pomagała nam trochę cementownia, znajdująca się niedaleko Ożarowa. W samym mieście nie ma nic ciekawego, no może z wyjątkiem dobrze zaopatrzonej „Biedronki”. Kolejny odcinek to prosta droga prowadząca do Zawichostu. Obejrzeliśmy romańsko – gotycki kościół, który był zamknięty. Jakaś babka zaproponowała nam wprawdzie zwiedzanie, ale było już dosyć późno i trzeba było szukać miejsca na nocleg. Postanowiłem, że poszukamy go już za Wisłą, przeprawiając się w tym celu promem przez rzekę. Zostaliśmy zaatakowani przez komary, które będą nam towarzyszyć od tej chwili prawie do końca wycieczki. To efekt ulewnych deszczów które nawiedziły południowo – wschodnią Polskę, gdyż u nas komarów nie było w tym czasie prawie wcale. Brak dobrego miejsca do rozbicia namiotu, a także niemiłe owady, sprawiły, że postanowiliśmy szukać noclegu u miejscowych gospodarzy. Trafiliśmy do skromnego gospodarstwa, gdzie przyjęło nas małżeństwo, które przeprowadziło się tutaj z miasta, wykupując od babki dom, która mieszka teraz w zaadoptowanym budynku gospodarczym. Rozbiliśmy namiot na podwórku i zaproszeni zostaliśmy na kolację.
Przejechane: 120,9 km
Dzień 3 (17 sierpnia, wtorek)
Za nocleg zapłata się należy
Wcześnie rano zjedliśmy w domu śniadanie. Na dalszą drogę dostaliśmy od gospodarzy kilka hrywien i kopiejki, które zostały gospodarzowi z jego wyjazdu na Ukrainę. Czekał nas wyjątkowo płaski odcinek trasy prowadzący przez Lasy Janowskie. W Zaklikowie obejrzeliśmy drewniany kościół znajdujący się na cmentarzu, który oblepiony był z zewnątrz tablicami trumiennymi. Dalsza trasa to jazda wąską asfaltową drogą przez lasy o podłożu bagiennym i piaszczystym na przemian. W tym wielkim kompleksie leśnym co jakiś czas pojawiały się pojedyncze zgrupowania zabudowy i malownicze stawy. Drewniany kościół zwiedzaliśmy również w Momotach Górnych. Niezwykłość tego kościoła polega na tym, że został on zaprojektowany i wzniesiony przez miejscowego proboszcza, który przystępując do budowy świątyni, mówił że jego ręce nigdy nie pocięły nawet jednej deski. A wnętrze wygląda naprawdę interesująco. W fontannie obok kościoła znajdowała się woda, z której Paweł postanowił wyciągnąć nieco grosza. Ja i Anka z kolei pokusiliśmy się o wodę z kranu. Bez trudu rozpoznałem później przyczyny bólu brzucha, który u nas wystąpił. Niedaleko kościoła znajduje się kaplica, której autorem był budowniczy świątyni w Momotach. Napotkana kobieta mówiła coś o ascetycznym życiu księdza, który większość czasu poświęcał na pracę przy kościele. Ciągle równinny teren sprzyjał sprawnej jeździe, do momentu kiedy trochę pobłądziliśmy. Przed Biłgorajem widzieliśmy mendelki, które przykryte były „czapkami” od deszczu. Na pewno było to pracochłonne, ale ważne że ładnie wyglądało. Za Bukową ponownie wkroczyliśmy w las pozoastając tam przez dłuższy czas. Myślałem nawet, że trochę zbłądziliśmy, ale udało nam się wyjechać na pola niedaleko Biłgoraju. W mieście zamierzałem zwiedzić zagrodę sitarską, ale było już za późno. Obejrzeliśmy tylko miejscowe kościoły, uzupełniliśmy zapasy żywności i ruszyliśmy dość ruchliwą drogą w kierunku Zwierzyńca. Po przejrzeniu ofert gospodarstw agroturystycznych w folderach, które wziąłem ze sobą stwierdziliśmy, że zostajemy przy tradycyjnym sposobie nocowania. Namiot rozbiliśmy na wzgórzu z wieżą telefonii komórkowej, skąd rozpościerały się odległe widoki na okolicę.
Przejechane: 110,3 km
Dzień 4 (18 sierpnia, środa)
Kraina szumów i źródeł
Wcześnie rano byliśmy już w Zwierzyńcu. Symbolem miasta jest kościół zlokalizowany na wyspie, do którego prowadzi most. W pobliżu przepływa Wieprz, który jest tutaj jeszcze małą rzeką. Nad nią roztacza się park, w którym obejrzeć można m.in. pomnik szarańczy, postawiony przez tutejszą ludność w podzięce za uratowanie miejscowości przed inwazją tych owadów. Zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w kierunku Krasnobrodu. Jeszcze w Zwierzyńcu minęliśmy miejscowe browary i dyrekcję Roztoczańskiego Parku Narodowego, w której znajduje się również ekspozycja muzealna prezentująca walory tego obszaru chronionego. Zwierzyniec graniczy z parkiem, więc po chwili byliśmy w jego granicach. Jechaliśmy asfaltem przez co nie zobaczyliśmy najbardziej atrakcyjnych zakątków parku narodowego, niemniej jednak przyjemnie się jechało przez zróżnicowany gatunkowo las z licznymi świerkami, jodłami i bukami. Bardzo ładnie położoną miejscowością jest Guciów. Usadowiony w dolinie Wieprzu oferuje turystom wypoczynek w licznych gospodarstwach agroturystycznych. Zwiedzić tu można Zagrodę Guciów, należącą do sołtysa wsi, czego jednak nie uczyniliśmy. Mijaliśmy kolejno Bondyrz, Kaczórki, Hutki, uzupełniając zapasy wody ze źródła znajdującego się w jednej z tych miejscowości. Przejechaliśmy przez rezerwat Święty Roch ze zróżnicowaną rzeźbą terenu i ładnym lasem. Na skraju rezerwatu znajduje się kaplica usytuowana u podnóża stromego wzniesienia. W samym Krasnobrodzie udaliśmy się do klasztoru, gdzie obok ekspozycji dotyczącej sanktuariów w Polsce i drogi krzyżowej rozmieszczonej w terenie obejrzeć można... domowe zwierzęta i przedmioty dawniej używane w rolnictwie. W pobliżu klasztoru znajduje się kaplica, spod której wypływa wydajne źródło. Z Krasnobrodu udaliśmy się na południe kontynuując naszą jazdę po Roztoczu Środkowym. Początkowo asfaltem, następnie drogą leśno – polną dotarliśmy do Husin, w pobliżu której odwiedziliśmy... kolejne źródło. Jeszcze krótki odcinek dość ciężkich piachów i znowu asfalt. W Majdanie Sopockim przejechaliśmy wzdłuż miejscowego zalewu utworzonego na rzece Sopot. Rzeka ta po kilku kilometrach przepływa po skalnych progach, których geneza związana jest z występowaniem w tym miejscu granicy dwóch geologicznych struktur europejskich. Przepływająca przez nie rzeka tworzy wodospady zwane tutaj szumami lub szypotami. Jest to chyba najbardziej znany element krajobrazu Roztocza. Owe szumy można zaobserwować m.in. właśnie w rezerwacie Czartowe Pole. Oprowadza po nim ścieżka dostępna dla turystów pieszych. My postanowiliśmy pokonać ją rowerami. Dodatkiem antropogenicznym do tego miejsca są ruiny papierni. Jeszcze większe i być może ciekawsze wodospady zobaczyć można w rezerwacie Nad Tanwią. Dostaliśmy się do niego niebieskim szlakiem, mający charakter pętli, której początek i koniec znajduje się w Suścu. Początkowo jechaliśmy nad potokiem Jeleń, który musieliśmy również przekraczać, co było dość trudne jeżeli weźmiemy pod uwagę stromość brzegów. Co jakiś czas mijaliśmy mniejsze czy większe wodospady. Obserwowaliśmy je również nad Tanwią, rzeką znacznie większą od Jelenia. Bardzo atrakcyjny jest końcowy odcinek szlaku, który prowadzi nad samą rzeką i gdzie zaobserwować można zespół kilkunastu szumów na krótkim odcinku. Dojeżdżamy do asfaltu i wspinamy się na Wał Huty Różanieckiej. Namiot rozbijamy na granicy województwa lubelskiego i podkarpackiego.
Przejechane: 85,1 km
Dzień 5 (19 sierpnia, czwartek)
Do źródeł szlakiem cerkwi i kaplic
Rano kontynuowaliśmy przejazd przez lasy Puszczy Solskiej, objętych ochroną w postaci parku krajobrazowego. Jadąc w górę rzeki dotarliśmy do Narolu. I tu naprawdę poczuliśmy, że jesteśmy na Wschodzie, a to za sprawą pierwszej napotkanej cerkwi. Murowana budowla jest nieużytkowana i zdewastowana. W tej miejscowości położonej w woj. podkarpackim, która niedawno uzyskała prawa miejskie, zobaczyć można także kościół katolicki i pałac, którego jednak nie znaleźliśmy. Wkroczyliśmy na Roztocze Południowe, w dużej części objęte ochroną w postaci parku krajobrazowego. W Woli Wielkiej zwiedziliśmy drewnianą cerkiew, a także stojącą obok dzwonnicę, do której można było wejść. Kolejny odcinek to jazda mało wyraźnymi drogami w kierunku najwyższych wzniesień polskiej części Roztocza dochodzących do 390 m. Minęliśmy bokiem Długi Goraj i znajdujące się u jego podnóża bunkry, będące częścią umocnień z czasów II wojny światowej tzw. Linii Mołotowa. Ja i Paweł zdobyliśmy za to wierzchołek Krągłego Goraja (389 m), który jest prawdopodobnie najwyższym szczytem województwa lubelskiego. Czerwony szlak, którym jechaliśmy od tego miejsca prowadził nas wśród ładnego lasu bukowego, wyprowadzając nas także na śródleśne pola. Dojeżdżamy do asfaltu, po którym suniemy z górki aż do Hrebennego. Znajduje się tutaj przejście graniczne, którym zamierzaliśmy przedostać się na drugą stronę. Najpierw pojechaliśmy na stację PKP zobaczyć, czy nie odjeżdżają stąd pociągi na Ukrainę. Pomysł bez sensu, przynajmniej tak to teraz odbieram. W centrum wsi obejrzeliśmy drewnianą cerkiew. Zadecydowaliśmy, że jednak nie jedziemy do Lwowa, o co bardzo zabiegała Anka. Do dzisiaj szkoda mi tego wyjazdu. Nie pozostało nic innego jak jechać dalej, na południe w pobliżu granicy. W Siedliskach obejrzeliśmy dość niezwykły pomnik przyrody tzw. Skamieniałe drzewa. Niezwykle twarde pnie powstały wskutek nasycenia krzemionką. W tej samej miejscowości zobaczyliśmy również murowaną cerkiew oraz kaplicę, obok której wypływa źródło, ponoć cudowne. Droga główna, która prowadzi przez wieś zaznaczona jest na mapach jako droga wojewódzka, prowadząca aż do Horyńca. Nie przeszkadza to jednak, by kończyła się ona zaraz za wsią i pojawiała się dopiero w miejscowości Prusie. Ten odcinek może w przyszłości zostanie wybudowany, jednak jak na razie, aby go pokonać należy skorzystać z dróg leśnych co wcale orientacyjnie nie jest takie proste. Przed nami kolejne dwie cerkwie; drewniana w Prusiach i murowana w Werchracie. Stąd udaliśmy się na południe, gdzie mieliśmy zboczyć z głównej drogi na zielony szlak. I tutaj gdzieś zaginął Paweł. Ja i Anka szukaliśmy go przez dłuższy czas. Przewidywałem, że Paweł pojechał jednak zielonym szlakiem, więc ruszyliśmy „szybszą” drogą do kaplicy w Nowinach Horynieckich. I rzeczywiście Paweł był już na miejscu, ale długo na nas nie czekał, a jechał dość szybko w nadziei, że nas dogoni, gdyż myślał, że to my jedziemy przed nim. Miejsce to, z kaplicą usytuowaną wśród zalesionych wzgórz, spod której wybija źródełko, ma swój niezaprzeczalny urok. Jest ono bardzo tłumnie odwiedzane przez kuracjuszy z pobliskiego Horyńca, do którego udaliśmy się po posiłku w pobliżu kaplicy. W Horyńcu bejrzeliśmy klasztor, miejscowy cmentarz, na którym pochowani są m.in. żołnierze polscy walczący z oddziałami UPA i na którym znajduje się pomnik im poświęcony. Horyniec to jedno z najmniejszych uzdrowisk w Polsce. W tutejszym sanatorium przebywała jesienią ubiegłego roku nasza mama. Słońce już zachodziło, więc musieliśmy szukać noclegu. Zrezygnowaliśmy z koncepcji nocowania w Horyńcu i udaliśmy się w kierunku Radruża. Okoliczne pola nam nie odpowiadały, dlatego namiot rozbiliśmy na łące niedaleko ogródków działkowych.
Przejechane: 86,7 km
Dzień 6 (20 sierpnia, piątek)
Wiatr od Wschodu
W Radrużu, leżącym tuż przy granicy z Ukrainą, znajduje się jedna z najsłynniejszych cerkwi w Polsce. Gdy dotarliśmy tam wcześnie rano była jeszcze zamknięta. Zamknięta była też brama prowadząca na plac wokół cerkwi. Cerkiew miała charakter obronny toteż całość otoczona została wysokim murem, który odało nam się jednak pokonać. Razem z Pawłem obejrzeliśmy cerkiew z zewnątrz, ale udało nam się wejść do wnętrza dzwonnicy, która jest samodzielną budowlą. Obok założenia cerkiewnego znajduje się cmentarz z charakterystycznymi dla tego regionu krzyżami bruśnieńskimi. Mięliśmy już odjeżdżać, gdy Paweł zauważył w swoim kole brak powietrza. Z trudem załataliśmy dziurę, ale już po niedługim czasie byliśmy ponownie w Horyńcu. Obejrzeliśmy najstarsze sanatorium Metalowiec. Za torami kolejowymi zatrzymaliśmy się w pijalni, gdzie uzupełniliśmy zapasy wody. Tutaj zjedliśmy też śniadanie. Droga prowadząca do Nowego Brusna była dość ciężka a to za sprawą bardzo dziurawej jezdni. Zwiedziliśmy widoczną z daleka drewnianą cerkiew. Kolejną widzieliśmy w Chotylubiu. Teren zrobił się prawie równinny przez co mogliśmy jechać szybciej. W Cieszanowie i w Starym Lublińcu odwiedziliśmy kolejne cerkwie, świadczące o bytności na tych terenach ludności obrządku wschodniego. Później jechaliśmy jeszcze szybciej za sprawą sprzyjającego wiatru ze wschodu. Mijaliśmy kolejne wsie i wioski przemierzając Płaskowyż Tarnogrodzki. Zauważyliśmy, że duży udział w tutejszych uprawach ma tytoń. W Tarnogrodzie zwiedziliśmy murowaną świątynię oraz drewniany kościółek. Minęliśmy długą miejscowość Biszcza, by dalej aż do Ulanowa przemieszczać się doliną rzeki Tanew. Za Harasiukami wjechaliśmy na drogę wojewódzką, gdzie po jakimś czasie zetknęliśmy się z sytuacją podobną do tej z okolic Siedlisk. Droga asfaltowa kończy się, by po kilku kilometrach przerwy znów się pojawić. Odcinek ten wiedzie słabo utwardzoną drogą leśno – polną. W Ulanowie, który uważa się za stolicę polskiego flisactwa (to tu Tanew dopływa do Sanu) warto zwrócić uwagę na drewniany kościół. Z miasta wyjechaliśmy drogą gruntową, jednak po niedługim czasie wjechaliśmy na asfalt, by przez Pysznicę i most na Sanie dotrzeć do Stalowej Woli. Miasto to pamiętać będziemy z naszej nieudanej wycieczki do Sandomierza. Zamiast zwiedzać zabytki starego Sandomierza, błąkaliśmy się po blokowiskach tego młodego miasta. Ale to inna historia. Zrobiliśmy zakupy w supermarkecie i nie bardzo wiedzieliśmy gdzie zanocować. Odrzuciliśmy propozycję spędzenia nocy na dworcu PKP i postanowiliśmy zanocować w lesie graniczącym z miastem, będącym częścią rozległego kompleksu Puszczy Sandomierskiej.
Przejechane: 149,1 km
Dzień 7 (21 sierpnia, sobota)
Przez lessy Wyżyny Sandomierskiej
Rano niestety pochmurno, a do tego planowana droga nie przedstawia się zbyt ciekawie. Po zjedzeniu śniadania ruszamy bardzo ruchliwą drogą w kierunku Sandomierza. Omijamy część odcinka drogą krajową przemieszczając się bocznymi drogami. Za Gorzycami jeszcze kilka kilometrów i już jesteśmy w Sandomierzu. Przejeżdżamy most na Wiśle obserwując z daleka dobrze znaną nam starówkę usytuowaną na skarpie. Zwiedzamy Bramę Opatowską oraz muzeum mieszczące się w ratuszu. Resztę zabytków oglądamy pobieżnie, by jak najszybciej dostać się do Opatowa. Początkowo jedziemy drogą krajową mijając ogromne plantacje drzew owocowych. Zjeżdżamy z głównej drogi. Gdzieś po drodze pożywiamy się nieco owocami. W Międzygórzu miałem zamiar zwiedzić ruiny zamku, jednak ich nie odnaleźliśmy. Chwilami padało toteż jazda po drogach gruntowych, gdzie w podłożu jest less nie należy do najłatwiejszych jeśli dodamy do tego jeszcze duży stopień urozmaicenia krajobrazu. Przed Opatowem nagle skończyły się sady, za to zaczęły dominować uprawy warzyw. Do miasta wjeżdżamy wąską asfaltową drogą od strony Wąworkowa. Zwiedzamy Bramę Warszawską, kolegiatę i rynek. Szczególnie ta druga wywarła na mnie duże wrażenie. Pierwotnie romańska świątynia, była przebudowywana w późniejszych okresach. Z Opatowa droga łatwa orientacyjnie, gdyż przez kilkanaście kilometrów prawie cały czas prosto wśród lessowych wzgórz. Po prawej stronie obserwowaliśmy nieodległe Pasmo Jeleniowskie, a następnie Łysogóry. W Tarczku zatrzymaliśmy się na krótko, żeby rzucić okiem na romański kościół, który jednak nie uchronił się późniejszych przebudowań. Za Siekiernem wkroczyliśmy do Puszczy Świętokrzyskiej, która objęta jest w tej części ochroną w postaci Sieradowickiego Parku Krajobrazowego. Namiot rozbijamy wśród świerków w pobliżu kamiennej drogi, którą jechaliśmy. W nocy spotyka nas niemiła niespodzianka. Zaczyna padać i to nie mało.
Przejechane: 130,3
Dzień 8 (22 sierpnia, niedziela)
Ulewa nie pozwala poznać wszystkich uroków świętokrzyskiej ziemi
Długo nie pospaliśmy tej nocy. Deszcz ostro padał bez przerwy. Rano nie było zmian, postanawiamy jednak, że ruszamy, pomimo padającego deszczu. Płaszcze przeciwdeszczowe niewiele pomagają, niektóre liczniki siadają (Pawła). Z trudem dojeżdżamy do Suchedniowa. Tam kupujemy bilet na pociąg do Tomaszowa, chociaż zamierzaliśmy całą drogę pokonać na kołach. W Skarżysku mamy przesiadkę. W drodze Paweł zauważył, że nie ma licznika. Dopiero w domu odnajduje go w nogawce spodni. Z Tomaszowa niewyspani, głodni i prawie bez sił wracamy do domu rowerami.
Przejechane: 31,6 km
Podsumowanie
Przejechane: 842,8 km
W tym:
woj. świętokrzyskie - 292,4 km (34,7%) woj. lubelskie - 253,6 km (30,1%) woj. podkarpackie - 213,7 km (25,3%) woj. łódzkie - 74,9 km (8,9%) woj. mazowieckie - 8,2 km (1,0%)
Author: Piotrek
Powrót
|
kontakt e-mail:
Piotrek
Paweł
Anka
kontakt gg:
Piotrek (3409721)
Paweł (10208722)
Anka (4000148)








|