
Aktualności
Wyprawy
Wycieczki
Zawody
Polecamy
O Nas
Goście
|
Mazowsze 1 - 4 czerwca 2007
Dzień 1 (1 czerwca, piątek)
Wyruszyłem rano. Już po kilkunastu kilometrach obowiązkowe zaopatrzenie się w wodę w źródełku w Smardzewicach. Ustaliłem sobie tak drogę aby nie tracić czasu na patrzenie w mapę. Jechałem przez Spałę, Rzeczycę, Domaniewicę i Łęgonicę doliną Pilicy w dół rzeki. Było z górki, ale niestety cały dzień pod wiatr. W Nowym Mieście nad Pilicą zwiedziłem zabytkowy park i "wsiadłem" na drogę nr 728. Przez 35 km wkoło sady aż do samego Grójca. Pokręciłem się trochę po mieście, nabrałem wody w hydrancie i ruszyłem w stronę Piaseczna. W połowie drogi odbiłem z głównej drogi i na przełaj pezejechałem przez Chojnowski Park Krajobrazowy. Bardzo mi się spodobały te okolice. Szczególnie spodobała mi się aleja dębowa rozciągająca się na skraju lasu. Charakterystycznymi elementami zagospodarowania turystycznego są tutaj liczne szlaki konne. W Piasecznie utworzył się kilkukilometrowy korek przez całe miasto. Ja skorzystałem z objazdu przez leśne osiedle położone w południowej części miasta. Nagle zaczął padać deszcz, ale nie miałem się gdzie schować, więc jechałem dalej mijając ekskluzywne osiedla domków jednorodzinnych. Rozciągają się one aż do Lasu Kabackiego. Była jeszcze wczesna godzina, więc przez dwie godziny jeździłem po Lesie Kabackim. Ten tysiąchektarowy teren poprzecinany jest całą masą dróg i ścieżek, więc jest po czym jeździć. Trochę ciężko było znaleźć miejscówkę na nocleg. Udało mi się jednak znaleźć dość gęsty las i dodatkowo otoczyłem się gałęziami, żeby mnie nie było widać ze ścieżki.
Przejechane: 163,34 km Czas: 9h 24min Średnia: 17,36 km/h
Dzień 2 (2 czerwca, sobota)
Po nieprzespanej nocy za sprawą roi komarów (byłem bez namiotu) i padający co chwilę deszcz, ruszyłem kierując się na Las Natoliński. Rośnie w nim okazały 1000-letni dąb Mieszko I. Następnie przez Ursynów do ulicy Puławskiej, którą dotarłem aż do Starego Miasta. Zaczęło padać, dlatego przesiedziałem pod drzewem w Parku Krasińskich ponad godzinę. Później przemieściłem się na drugą stronę Wisły i jechałem po wale rzecznym. Nie śledziłem mapy, dlatego ominąłem Legionowo, do którego chciałem dotrzeć. Pojechałem jakieś 4 kilometry za daleko, ale wróciłem do miasta na skróty przez las. Zrobiłem zakupy i kręciłem się parę godzin po okolicy. Pojechałem na stadion zobaczyć czy jest coś ciekawego na Dniach Legionowa. Zadzwoniłem do Piotrka, bo podobno już wrócił z wycieczki z Węgier i... okazało się że maraton na który jadę od 2 dni rozgrywany był dzisiaj. Pojechałem więc do szkoły gdzie miało mieścić się biuro zawodów. Odpoczywało tam kilku rowerzystów po, jak twierdzili "trudny i ciężkim maratonie". Udałem się na miejsce startu oddalone o jakieś 2 km od szkoły. Tam organizator uznał mnie za największego pechowca zawodów. Ale mimo wszystko odebrałem przysługujące mi "gratisy" w ramach wpisowego. Była to koszulka DYMnO 2007, mapy i komunikat techniczny trasy. Kiedy dowiedziałem się już jak to wygląda od strony organizacyjnej pojechałem znowu do szkoły, ale okazało się, że nie można dzisiaj tutaj nocować. Ruszyłem więc w stronę Jeziora Zegrzyńskiego w celu znalezienia tam noclegu. Po drodze znalazłem nowy dom jeszcze w trakcie budowy. Nie zastanawiając się długo objechałem go z drugiej strony przerzuciłem rower przez siatkę, później przez okno i już byłem w środku. Gdy już się rozłożyłem na poddaszu, zadzwonił Piotrek mówiąc o jutrzejszym rajdzie na orientację w Legionowie.
Przejechane: 89,91 km Czas: 7h 18min Średnia: 12,32 km/h
Dzień 3 (3 czerwca, niedziela)
Rano pojechałem na przeciwną stronę jeziora, skąd wróciłem się do Legionowa. Przez prawie godzinę szukałem Placu Kościuszki. Mieszkańcy o nim nie słyszeli. W końcu jednak znalazłem, ale nie był to plac tylko malutki park na obrzeżach miasta. Na miejscu byłem punktualnie o 11. Na starcie rajdu na orientację KolnO były już dwie osoby na rowerach i dwie osoby zamierzający startować w rajdzie pieszo. Po jakimś czasie przyjechał organizator i przyszło jeszcze kilku ludzi. Opłata startowa wynosiła 2 zł Uczestnicy otrzymywali w zamian okolicznościową naklejkę oraz mapę z nakładką. Usłyszałem komendę start i ruszyłem do 1 punktu. Po krótkim czasie chyba się zgubiłem, bo nie wiem kompletnie w którą stronę jechać. Kilka minut zastanawiałem się nad wyborem kierunku jazdy. Ruszyłem w końcu asfaltem do Janowa, gdzie miał znajdować się drugi punkt. Szukałem go też z 10 min, ale nie znalazłem. Próbowałem więc znaleźć kolejny. Aby nadrobić stratę jechałem głównymi drogami. Okazało się, że punktu, który szukałem nie ma. Jest za to inny. W jego odnalezieniu pomaga mi inny uczestnik. Sam bym go nigdy nie odnalazł. Umieszczony był na wydmie, 200 m od drogi, schowany w lasku brzozowym. Jechałem po śladach rowerów, ale kiedy zgubiłem ślad i po wjeździe do lasu nie wiedziałem w którą stronę jechać. Przypomniałem sobie, że mam kompas, ale on niewiele pomógł. Nie potrafiłem ustalić w którym miejscu jestem. Na mapie widoczne były liczne przecinki i polany. Ja jechałem ok. 10 km i żadnej nie spotkałem. Po trudach rajdu trafiłem wreszcie na metę. Nie spiesząc się pojechałem na stację, aby zakupić bilet powrotny do Piotrkowa. Przez 10 min próbowałem kupić bilet, ale pani w kasie twierdziła, że nie ma pociągu, którym chciałem jechać, dlatego nie może mi sprzedać biletu. Ze stacji odjechał jakiś pociąg. Okazało się, że tym właśnie zamierzałem jechać (bez komentarza). Następnego już dzisiaj nie było. Bardzo mnie to nie zasmuciło. Oznaczało to, że wszystko odbędzie tak jak zaplanowałem i wrócę do domu też na rowerze. Pogoda nie zachęcała do długich postojów, więc szybko znalazłem się w Nowym Dworze Mazowieckim. Skąd po przekroczeniu Wisły już niedaleko do Kampinoskiego Parku Narodowego. Jadąc przez Puszczę Kampinoską, przez kilka kilometrów po jednej stronie podziwiałem podmokłe łąki, a po drugiej wydmy porośnięte lasem sosnowym. Wjechałem na niebieski szlak jeszcze bardziej zagłębiając się w las. Droga, po której jechałem, raz się wspinała raz opadała prowadząc od jednej wydmy do drugiej. Niektóre z pewnością miały powyżej 30 metrow wysokości. Niedaleko granic parku narodowego natrafiłem na ok. 200-letni grab. Zmierzyłem go - 3 metry obwodu. W miejscowości Kampinos natomiast rosły dwa piękne dęby o średnicach ponad 4 m. Nocleg znalazłem w dużym nowym domu niedaleko wsi Pawłowice:). Wjechałem na plac przez nikogo niezauważony. Oczyściłem zabarykadowane wejście i już miałem nocleg. Tradycyjnie udałem się na poddasze i tam pod oknem dachowym rozłożyłem swoje "łóżko".
Przejechane: 122,96 km Czas: 7h 23min Średnia: 16,65 km/h
Dzień 4 (2 maja, wtorek)
Po zwinięciu "obozowiska" i zabarykadowaniu po wyjściu drzwi, poczekałem jeszcze godzinę aż przestanie padać. Zwiedziłem Bazylikę w Niepokalanowie i przez tereny popegeerowskie, dojechałem do Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Przez Skierniewice do Głuchowa, gdzie znowu zastał mnie deszcz który padał ok. dwóch godzin. Później prosto do Żelechlinka, gdzie znowu godzinny deszczyk (!). Ujechałem kawałek i znowu postój. Tym razem złapałem kapcia w tylnym kole. Kiedy kończyłem naprawiać dętkę wyszło słońce, po raz pierwszy od czterech dni. Podniosło to znacznie moje morale. Jadąc ponad 25 km/h przez Budziszewice i Ujazd dotarłem do domu.
Przejechane: 120,04 km Czas: 6h 53min Średnia: 17,45 km/h
Podsumowanie
Przejechane: 496,25 km Czas: 30h 58min Średnia: 16,03 km/h
Author: Paweł
Powrót
|
kontakt e-mail:
Piotrek
Paweł
Anka
kontakt gg:
Piotrek (3409721)
Paweł (10208722)
Anka (4000148)








|