KTR BikeOrient

Aktualności Wyprawy Wycieczki Zawody Polecamy O Nas Goście

Jura Krakowsko - Częstochowska 3-9 sierpnia 2003


Dzień 1 (1 sierpnia, czwartek)

Wstaliśmy o świcie i niebawem byliśmy gotowi do drogi.. Pierwszą miejscowością, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby coś zwiedzić były Kobiele Wielkie. Wiedzieliśmy, że tutaj właśnie urodził się Władysław Reymont. Tata zagadnął miejscowego, gdzie można zobaczyć jakieś pamiątki po Reymoncie. Zapytany chętnie udzielił odpowiedzi, że w tutejszym domu kultury jest ciekawy zbiór pamiątek po pisarzu.. Skorzystaliśmy ze wskazówki i pojechaliśmy obejrzeć te „cuda”. Kolejnym etapem były Gidle i sanktuarium Matki Bożej z klasztorem Dominikanów, które jest miejscem licznych pielgrzymek. W tym świętym miejscu Tata przyuważył, że ma mocno wytartą oponę. Dokonał więc zakupu. Przymocowaną do tylnej części roweru oponę wiózł już do końca wycieczki. Bez problemu dotarliśmy do Mstowa położonego nad Wartą. Było tu wiele ciekawych zabytków. My zwiedziliśmy Zespół Klasztorny Kanoników Regularnych Laterańskich, kamienne stodoły z początku XX w. i osobliwość przyrody Skałę Miłosną wrośniętą w zbocze góry Kamień. Na górze tej postanowiliśmy przenocować i rozbić namiot. Niedobory płynów uzupełniliśmy w cudownym źródełku, którego wód, według legendy, mieszkańcy Mstowa używali do leczenia rozmaitych chorób. Przed snem obmyliśmy się w Warcie, a Piotrek nawet poddał się całej kąpieli.

Przejechane: 113,3 km


Dzień 2 (2 sierpnia, piątek)

Rano rozpaliliśmy ognisko, żeby napić się gorącej herbaty. Po dotarciu do Częstochowy skierowaliśmy się na Jasną Górę, żeby zobaczyć klasztor. Później wkroczyliśmy na szlak Orlich Gniazd. Za Częstochową wspinaliśmy się na Zieloną Górę, skąd rozciągał się widok na Częstochowę. Kolejnym etapem był Olsztyn ze wspaniałym zamkiem z XIV w. W okolicach Gór Towarnych przed Olsztynem zdarzyła się poważna kolizja, na której najbardziej ucierpiałam ja. Otóż Tata poważnie rozpędzony wjechał w mój rower z ogromną siłą. Efekt – wygięcie trzeciego stopnia tylnego koła. Straciliśmy potem prawie pół dnia, bo konieczna była naprawa. Prowizorycznie wycentrowaliśmy koło i wymieniliśmy połamane szprychy. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania jaskiń, bo czas już nas gonił. Poszliśmy obejrzeć jeszcze zamek, zrobić kilka zdjęć i ruszyliśmy w dalszą drogę, ja w nienajlepszym nastroju z wiadomego powodu. Kierowaliśmy się na południowy-wschód. W pewnym momencie zaczął padać deszcz, który przerodził się w ulewę i nie opuszczał nas aż do Złotego Potoku. Dotarliśmy tam przemoczeni do suchej nitki. Staliśmy na przystanku z nadzieją, że przestanie padać, ale na próżno. Robiło się już późno, skierowaliśmy się więc do wsi w poszukiwaniu noclegu. Rozważaliśmy rozbicie namiotu na polu namiotowym, ale przy takiej pogodzie to nie była miła perspektywa. Pojechaliśmy dalej, zatrzymaliśmy się na Placu Chrzciciela, gdzie zaczepił nas młody chłopak i zapytał czy nie szukamy noclegu. Usłyszawszy naszą twierdzącą odpowiedź zaoferował nam nocleg w gospodarstwie agroturystycznym. Skorzystaliśmy z oferty. Właścicielka przenocowała nas w dość prowizorycznych warunkach i zastrzegła, żeby nie nadużywać gazu, bo może wybuchnąć. A sama chwaliła się, że płaci „za dwa internety” Ale dla nas najważniejsze było to, że mogliśmy się wysuszyć i napić gorącej herbaty (niektórzy nawet 5 kubków), bo mimo, że wszędzie było mokro nas bardzo suszyło. Pani sprzedała nam patent na szybkie wysuszenie butów, powkładać do nich dużo starych gazet... Rzeczywiście pomysł się sprawdził.

Przejechane: 62,2 km


Dzień 3 (3 sierpnia, sobota)

Rano uregulowaliśmy z Panią rachunek i dostaliśmy wizytówkę, dzięki której dowiedzieliśmy się, że nocowaliśmy na Placu Krzciciela, a nie jak sądziliśmy na Placu Chrzciciela. Dzień zaczęliśmy od zwiedzania Rezerwatu Parkowe, Bramy Twardowskiego i Diabelskich Mostów. Zaczerpnęliśmy świeżej wody przy Źródłach Zygmunta i Elżbiety. Przez Trzeniów, Niegową dojechaliśmy do Mirowa i Bobolic, gdzie znajdują się bajkowe zamki. Łączy je ścieżka, która biegnie grzbietem pokrytego ostańcami wzniesienia. Dosyć trudno było ją pokonać rowerem, bo jest przeznaczona dla turystyki pieszej. Oba zamki pochodzą z XIV w. i są licznie odwiedzane przez turystów. Dotarliśmy do skałek Kroczyckich w nadziei na zwiedzenie jakiejś jaskini, których według relacji Piotrka jest na Jurze zatrzęsienie: „Zobaczycie ile tam dalej będzie jaskiń, jeszcze wam się znudzą”. No ale jakoś do tej pory żadna z nich nie stanęła na naszej drodze. Myślałam, że w dalszym etapie sobie trochę odpocznę, ale zaraz rozpoczęła się wspinaczka na jedną z najwyższych gór na Jurze – Górę Zborów. Na zboczu zostawiliśmy na chwilę rowery, by wejść na sam szczyt. Nie było chyba skały, na której nie byłby przyczepiony zapaleniec ze sprzętem wspinaczkowym. Dosłownie roiło się od nich. Ze szczytu góry rozciągały się przepiękne widoki na skały Kroczyckie i Podlesickie. Następny etap jazdy zapamiętam na długo. Cały czas jechaliśmy pod górę przez las, pot lejący się strumieniami i tylko jeden odpoczynek na zerknięcie w stronę wspinaczy przypominających małpy w dżungli. Po dotarciu do Morska należał nam się odpoczynek. Gdy ochłonęliśmy, mogliśmy już zwiedzać zamek z zewnątrz, który zlewał się ze skałami. Wyjechaliśmy z lasu napotkawszy biwakowiczów, którzy leniwie wylegiwali się na trawie i stwierdzili, że „fajnie jest tak jeździć rowerem”. Kto wie, może nasza postawa dała im do myślenia i wezmą z nas przykład. Pogodę mieliśmy wspaniałą, więc jazda po polanie była bardzo przyjemna i dosyć lekka. Dotarliśmy do Okiennika Wielkiego, gdzie Piotrek z Pawłem nie mogli odmówić sobie wspinaczki. Dalsza droga była dosyć monotonna, ciągnęła się to przez lasy, to przez łąki i piaski. Bardzo miło powitano nas w Karlinie, gdzie grała ludowa kapela...no może niekoniecznie na naszą cześć, ale czy to ważne? Grubo po południu dotarliśmy do największego Orlego Gniazda – Ogrodzieńca, które znajduje się w Podzamczu. Spotkaliśmy tam wielu turystów, ale to nas nie zniechęciło, żeby go zwiedzić. Ja jako jedyna z grupy byłam już tu kilka lat temu, ale z perspektywy siodełka rowerowego zamek wydał mi się całkiem inny. U stóp zamku zjedliśmy „małe co nieco” i pomyśleliśmy, że niekoniecznie musimy wchodzić do zamku przez kasę biletową. Zostawiliśmy tatę na straży przy rowerach, a sami poszliśmy na poszukiwanie jakiejś mysiej dziury, która umożliwiłaby nam wkroczenie na pilnie strzeżony dziedziniec zamku. W końcu Paweł dostrzegł dosyć niski mur, przez który można było przejść. Ja ciągnięta od góry przez Pawła i pchana od dołu przez Piotrka po raz drugi przekroczyłam mury zamku. Pomachaliśmy z wieży tacie, zrobiliśmy obowiązkowo kila fotek i dalej w drogę. Nie ujechaliśmy daleko, a na drodze stanęła kolejna przeszkoda. Bardzo wąskie przejście między skałami zakneblowało skutecznie tatę z uwagi na duży bagaż (czyt. szeroki). O mały włos zostałby po drugiej stronie, ale interwencja całej grupy wyrwała go z opresji. Dojechaliśmy do Pilicy, gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Należało więc znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. Chcieliśmy nocować u źródeł rzeki Pilicy, ale były pewne trudności z ich znalezieniem. Potem już było nam obojętne, gdzie się rozbijemy, najważniejsze żeby zdążyć przed nocą. Mijaliśmy już ostatni dom, obok którego prowadziła droga na skraj lasu. Właściciel niczego sobie posesji zainteresował się naszym losem i radził byśmy tamtędy nie jechali. Mocno zdenerwowani zaczęliśmy się wycofywać. Ale nagle usłyszałam za sobą zbawienne słowa: „Ale możecie przenocować u nas...” Od razu zawołałam resztę ekipy, której humor poprawił się o 180 stopni. Zostaliśmy zaproszeni do domu, gdzie mieliśmy do swojej dyspozycji całe piętro z łazienką. Nie jedliśmy kolacji, bo byliśmy zbyt zmęczeni, zasnęliśmy snem sprawiedliwych.

Przejechane: 67,0 km


Dzień 4 (4 sierpnia, niedziela)

Rano obudziliśmy się wypoczęci i gotowi na dalszą wyprawę. Miłą niespodzianką okazało się czekające na nas śniadanko przygotowane przez panią domu. Gospodarz również się wykazał, ponieważ zespawał Pawłowi pedał, który od pewnego czasu sprawiał mu kłopoty. Podziękowaliśmy za wspaniałą gościnę i ruszyliśmy w dalszą drogę. A dzień zapowiadał się bardzo interesująco, choć od samego początku musieliśmy mocno naciskać na pedały. Do samego Smolenia droga asfaltowa wiła się cały czas pod górę. W Smoleniu wspinaliśmy się na ruiny zamku. Niestety dobre chęci gospodarza z Pilicy nie wystarczyły, bowiem pedał Pawła znowu zaczął fiksować. Chłopaki przy użyciu kamienia naprawili go prowizorycznie (ciekawe, jak długo jeszcze wytrzyma). Jakby tego było mało Paweł złapał gumę, która wymusiła kolejny postój. Natknęliśmy się w końcu na jedną z jaskiń, których przecież na Jurze nie brakuje. Już mieliśmy przygotowane latarki, które wzięliśmy ze sobą specjalnie na taką okazję, gdy na nieszczęsne okazało się, że pod wpływem deszczu baterie zawilgotniały i przestały działać. Musieliśmy się obejść smakiem (może innym razem...). W Krzywopłotach zboczyliśmy ze szlaku, aby dotrzeć do Kluczy. Wjeżdżaliśmy na dosyć wysoką Kluczewską Górę - 382 m, aby stamtąd podziwiać panoramę Pustyni Błędowskiej. Dostrzegliśmy także Hutę Katowice w Dąbrowie Górniczej. Dalsza droga była przyjemnością, ponieważ jechaliśmy pięknym zjazdem, który prowadził do samego Olkusza.. Byliśmy tak rozpędzeni, że po drodze zapomnieliśmy skręcić do zamku w Rabsztynie. A z Olkusza nikomu nie chciało się już wspinać z powrotem. Olkusz okazał się uroczym miastem. Tutaj zrobiliśmy zakupy i skierowaliśmy się ponownie na szlak czerwony. Dalszą drogę wszyscy zapamiętają na długo. Jechaliśmy przez niekończące się pola, a gdzie okiem sięgnąć nie widać żadnych zabudowań, tylko bezkresną przestrzeń. Do tego doszedł jeszcze żar lejący się z nieba i wielkie pragnienie.. Najgorsze, że nie mieliśmy już nic do picia i nie było porządnej drogi, więc przez większą część trasy prowadziliśmy rowery. W końcu pojawiły się na naszej ścieżce dwie krowy, po wyminięciu których w oddali pojawiły się zabudowania. Mocno nadwątlone siły i zszarpane nerwy taty szybko się zregenerowały. W tym miejscu muszę skrytykować Piotrka, bowiem to był jego pomysł, żeby kurczowo trzymać się szlaku. Tymczasem drogę do Pieskowej Skały mogliśmy spokojnie pokonać asfaltówką przez jedną z najdłuższych wsi w Polsce - Sułoszową i zajęłoby to nam trzy razy mniej czasu.. No, ale Piotrek pilnował, żeby uatrakcyjnić nam wyprawę maksymalnie. W Pieskowej Skale zwiedziliśmy zamek, zostawiając rowery u podnóża góry na parkingu, pod czujnym okiem pani, która rozwiązywała krzyżówkę. Pstryknęliśmy kilka zdjęć i dalej w drogę przez Ojcowski Park Narodowy. Kłopotów Pawła z rowerem ciąg dalszy, bowiem pedał odpadł na dobre. Razem z Tatą zaczęli kombinować co zrobić i wymyślili, że zainstalują Pawłowi nogę do pedała sznurkiem – takie prowizoryczne SPD. Jednak niecałe 200 m pozwoliło przekonać się, że ten wynalazek nie zda egzaminu. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z Maczugą Herkulesa. Ruch samochodowy był ogromny z racji tego, że była niedziela, ale dotarliśmy w końcu do Ojcowa. Podczas gdy ja, Piotrek i Tata czekaliśmy przy rowerach, Paweł jako jedyny poszedł zwiedzać zamek, zapomniał jednak zapłacić za wstęp. Tego dnia widzieliśmy jeszcze Kaplicę na Wodzie, zwaną Kaplica św. Józefa Robotnika i Bramę Krakowską, wąskie przejście między dwoma wysokimi skałami, skorzystaliśmy również z wód Źródła Miłości. Dla tych, którzy pragną się zakochać ma ono szczególne właściwości – trzeba napić się wody koniecznie z jednego kubka, wtedy miłość murowana. Nocowaliśmy za wsią Trojanowice niedaleko Krakowa, skąd można było zobaczyć panoramę miasta.

Przejechane: 78,3 km


Dzień 5 (5 sierpnia, poniedziałek)

Piąty dzień podróży to już droga powrotna do domu. Wracamy przez Ojcowski Park Narodowy, czyli tą samą drogą, którą jechaliśmy wczoraj, ale jechało się o wiele przyjemniej, nie było bowiem ruchu samochodowego, wszędzie cisza i spokój. Był tylko jeden mały zgrzyt – Piotrkowi przebiła się dętka i zatrzymaliśmy się nad Prądnikiem, żaby naprawić awarię. Weszliśmy jeszcze na chwilę do Jaskini Łokietka i pomknęliśmy dalej. Paweł zostawał w tyle ze względu na zepsuty pedał, dlatego w Skale tata poprosił jednego z mieszkańców o pomoc. Dalsza interwencja w pedał nie był już konieczna. Przejeżdżaliśmy przez Wolbrom i ponownie przez Pilicę. W Lelowie trochę pomyliliśmy drogę i pojechaliśmy na Jędrzejów, zamiast na Koniecpol. Nadrobiliśmy więc trochę wracając. Nocleg wypadł przed Koniecpolem.

Przejechane: 95,9 km


Dzień 6 (6 sierpnia, wtorek)

Wstaliśmy wcześnie, jak zwykle zresztą, ale coraz trudniej jest zerwać się o świcie gdy zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Perspektywa, że dzisiejszą noc spędzimy w wygodnych łóżkach dodawała nam otuchy. Przejeżdżaliśmy przez Koniecpol, Wielgomłyny, zwiedzając przy okazji tutejszy klasztor, Chełmno, gdzie Piotrek z Pawłem weszli na szczyt Góry Chełmno, gdzie było grodzisko, dalej Bęczkowice, Przygłów.

Przejechane: 106,7 km


Podsumowanie

Przejechane: 523,4 km

W tym:

woj. śląskie - 228,7 km (43,7%%)
woj. łódzkie - 169,9 km (32,5%%)
woj. małopolskie - 117,3 km (22,4%)
woj. świętokrzyskie - 7,5 km (1,4%)

Author: Anka


Powrót

kontakt e-mail:
Piotrek Paweł Anka

kontakt gg:
Piotrek (3409721)kontakt gg
Paweł (10208722)kontakt gg
Anka (4000148)kontakt gg


BikeOrient - Maraton Rowerowy na Orientację






bikeBoard - magazyn rowerowy




Airbike - więcej niż sklep rowerowy




Podróżnik.net - serwis ludzi ciekawych świata




Koło Roweru - wyprawy, turystyka, przygoda, sprzęt




Cykloid - Kalendarz Wypraw Rowerowych XXI wieku

Wrower - największy polski wortal rowerowy




CykloManiak.pl - o rowerach w Łodzi i nie tylko



Copyright © 2006-2008 BikerzyTour