|
Niemcy Środkowe, Holandia 3 - 23 sierpnia 2007
Zobacz także artykuł Holandia rowerzystów na stronie CykloManiak.pl
Na zachód
Odległość dzielącą nas od granicy z Niemcami chcemy pokonać jak najszybciej. Wyruszamy w dość niesprzyjającą pogodę; początkowo trochę pada i przez cały dzień jedziemy pod wiatr. Mimo to udaje nam się zrobić ponad 200 km. Przejeżdżamy przez południową część Wielkopolski, początkowo przez znaczne kompleksy leśne, później głównie wśród pól uprawnych. Ze względu na sprzyjające warunki dla rozwoju rolnictwa, m.in. żyzne gleby, region ten odznacza się znaczną mechanizacją i towarowością. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym co mieliśmy zobaczyć w Niemczech.
Grabów nad Prosną, Odolanów, Sulmierzyce, Zduny, Kobylin, Poniec, Rydzyna zdołały zachować swój małomiasteczkowy charakter. Odbijamy nieco na północ by dwiedzić najbardziej na południe wysunięte w Polsce Pojezierze Leszczyńskie. Dość urozmaicona rzeźba terenu w połączeniu z jeziorami tworzą sprzyjające warunki do ciekawej jazdy. Kolejne pagórki czekają nas w okolicach Zielonej Góry. Na wielu z nich mogłyby być niezłe punkty widokowe, gdyby nie to, że w większości obszar porośnięty jest lasami. Ziemia Lubuska to najbardziej zalesiony region w kraju. Zajmują one znacznie powyżej połowy jego powierzchni. Granicę przekraczamy w Gubinie.
Pałac myśliwski w Antoninie - jedyny drewniany pałac w Wielkopolsce. Wokół rozpościera się park i rozległe lasy ze stawami.

Zamek w Rydzynie jest częścią kompleksu zabudowań barokowych, tworzących unikalny w Polsce układ urbanistyczny. Częścią tego zespołu jest również przylegający do zamku park.

Leszno robi na nas dość pozytywne wrażenie. Zadbana starówka i dosyć tłoczno. Na rynku stoi okazały ratusz.

Największe jezioro w Przemęckim Parku Krajobrazowym na Pojezierzu Leszczyńskim - Jezioro Dominickie. Nad jego brzegami leży Boszkowo - najbardziej rozwinięta turystycznie miejscowość w regionie z bardzo dobrze rozwiniętą bazą noclegową.

W Sławie trafiamy na zawody balonowe, czy raczej festyn, którego główną atrakcją były loty balonem.

Dojeżdżamy do Odry. Prom, którym zamierzamy przedostać się na drugą stronę właśnie odpływa. Po raz ostatni dzisiaj. Trudno, przeprawimy się jutro rano.

Ognisko pod wiekowym dębem. Gotujemy ostatnie zapasy zabrane z domu.

Zielona Góra to miasto dość nietypowe. Położone na wzgórzach, z każdej strony otoczone jest lasami. W centrum uwagę zwraca przede wszystkim duża liczba deptaków i ładnie odnowiona starówka z licznymi zabytkami. Poniżej jedna z kamienic w rynku.

W mieście znajduje się również dość nietypowy park, gdyż rosną w nim... winnice. Na szczycie wzgórza powstaje nowa palmiarnia. Dzięki sprzyjającemy klimatowi, na Ziemi Lubuskiej możliwa jest uprawa winorośli. Co roku jesienią w Zielonej Górze odbywa się święto wina.

Krzywy dom w Zielonej Górze przypomina nieco tego bardziej znanego z Sopotu.

Za Zieloną Górą mamy pierwsze problemy z orientacją. Wjeżdżamy do lasu poprzecinanego licznymi drogami gruntowymi jak się nam zdaje tej samej rangi. Nie to jest jednak najgorsze. Ze względu na piaszczyste podłoże, niemożliwa jest po nich jazda. Kilka kilometrów jesteśmy zmuszeni prowadzić rowery. Po wyjechaniu z lasu, przedzieramy się przez nieużytki w części porośnięte krzakami z kolcami. Staje się to przyczyną dziury w dętce mojego roweru.

Gubin wraz z leżącym po drugiej stronie Nysy Łużyckiej niemieckim Guben tworzyły przed wojną jedno miasto. Po wojnie większa część miasta, w tym dawne centrum znalazły się po stronie polskiej.

W labiryncie kanałów Jesteśmy w Niemczech. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. Wszędzie czysto, zadbane kamienice, dużo ścieżek rowerowych. Co ciekawe część z nich przebiega nie wzdłuż dróg publicznych, ale niezależnie od nich. Jednak to co przede wszystkim odróżnia typowy niemiecki krajobraz od polskiego to wielkoobszarowe pola, a co za tym idzie jednorodność i monotonia obszarów rolniczych.
Naprawdę ciekawie rozpoczyna się w okolicach miejscowości Burg. Wkraczamy do Spreewaldu, czyli Podmokłego Lasu - równinnej krainy poprzecinanej setkami kanałów. Jest to ciekawy obszar do uprawiania kajakarstwa, ale również rowerzyści powinni być zadowoleni. Ścieżki rowerowe, podobnie jak kanały, tworzą tu rozbudowaną zwartą sieć i często przebiegają obok siebie. Należy również powiedzieć o bardzo dobrym zagospodarowaniu turystycznym tego regionu, które w znacznym stopniu podnosi jego atrakcyjność. Na skraju Spreewaldu leżą dwa niewielkie miasta - Lubbenau i Lubben, które odwiedzamy w drodze na zachód.
W krainie kanałów, mrocznych lasów i komarów zatrzymujemy się na nocleg. Ze względu na mokre podłoże, pod namiot kładziemy grubą warstwę izolacyjną.

Tak wyglądają drogi wodne...

...a tak rowerowe.

Przymusowy postój...

Emeryci wybierają najczęściej taki sposób rekreacji

Luter, Bauhaus i mur pruski
Opuszczając Spreewald wkraczamy na obszar intensywnego rolnictwa. Mijamy raz pola raz lasy, od czasu do czasu jakąś niewielką miejscowość. Jedzie się bardzo dobrze za sprawą silnego wiatru w plecy. Przez dłuższy czas średnia nie spada poniżej 30 km/h.
Mijamy ogromne pola ogórków. Paweł bierze jednego na kolację.

Pokonujemy plątaninę dróg i docieramy do centrum Wittenbergi. Miasto znane jest przede wszystkim dzięki osobie Marcina Lutra, który zapoczątkował w XVI wieku reformację. Interesująco przedstawia się rynek z dużym renesansowym ratuszem, pomnikiem Lutra i okalającymi go kamienicami. Duże wrażenie robi też znajdujący się w pobliżu kościół NMP.

W Niemczech dość często można spotkać zorganizowane grupy rowerzystów, zwłaszcza starszych. W Wittenberdze jest to szczególnie widoczne, gdyż miasto leży na długodystansowym szlaku rowerowym, przebiegająym doliną Łaby.


W tym miejscu Luter w 1517 roku wywiesił słynne 95 tez.

W nieodległym Worlitz zwiedzamy jeden z najpiękniejszych niemieckich parków w stylu angielskim. W plątaninie ścieżek, stawów, romantycznych budowli dominującym obiektem jest rezydencja Schloss Worlitz.

Tym co na pierwszy rzut oka odróżnia byłą NRD od RFN to obecność w tej pierwszej socjalistycznych bloków. Charakterystyczne jest to, że często są one nakryte dwuspadowymi dachami, dodanymi zapewne już po zjednoczeniu kraju. Miastem, w którym typowym widokiem są właśnie tego typu blokowiska jest Dessau, które po II wojnie światowej było wznoszone praktycznie od podstaw, gdyż zostało zbombardowane przez Brytyjczyków w 1945 roku. Dessau słynie przede wszystkim z uczelni architektów założonej przez Gropiusa oraz zaprojektowanych przez niego i jego uczniów obiektów.

W Niemczech i Holandii mieliśmy mały problem z butelkami jednorazowymi. Kupując napój lub wodę w takim właśnie opakowaniu, za każdą płaci się kaucję 0,25 euro. Pieniądze odzyskać można w sklepach zaopatrzonych w specjalne urządzenia, do których wrzuca się puste butelki.

Przemierzając Niemcy mijaliśmy bardzo wiele wiatraków. Oczekiwaliśmy, że w Holandii będzie ich jeszcze więcej. Okazało się jednak, że widywaliśmy ich tam znacznie mniej.

To sztuczne jezioro wypatrzyłem na mapie już na początku dzisiejszego dnia jako potencjalne miejsce kąpieli. Pomysł zjechania do tego jeziora był naprawdę dobry. Później jechało nam się znacznie lepiej.

Niezwykłe wrażenie robi Quedlinburg - miasto u podnóża Harzu szczyci się ciekawą starówką, zabudowaną niemal wyłącznie drewnianymi domami z muru pruskiego. Ponoć jest tu ich aż 1200.

Najlepiej zabudowę starówki oglądać ze wzgórza zamkowego, na którym główną atrakcją jest późnoromański kościół.

Tajemnicze góry Harz
Góry Harz są masywem dość niezwykłym, biorąc pod uwagę chociażby jego odosobnienie. Porośnięte gęstymi lasami szczyty górskie z najwyższym o nazwie Brocken (1142 m) górują nad otaczającymi, równinnymi obszarami. Ta swoista wyspa ponoć nadal zamieszkiwana jest przez czarownice.

Poważny podjazd rozpoczynamy opuszczając ostatnie zabudowania miejscowości Thale. Trzymając wolne, jednostajne tempe osiągamy przełęcz, gdzie nocujemy w lesie. Kolejny dzień rozpoczynamy od szybkiego zjazdu. Dcieramy do tamy, której budowa przyczyniła się do powstania dużego zbiornika wodnego. W celu lepszego wykorzystania wody wybudowano również elektrownię szczytowo-pompową.



Najtrudniejszy podjazd na całej wyprawie był właśnie przed nami. Do pokonania kilkaset metrów w pionie. Niemal stałe, miezbyt duże nachylenie drogi i fakt, że na samą górę można się dostać asfaltem sprawiły, że na szczycie nie czuliśmy się jakoś zbytnio zmęczeni. Większe uznanie z pewnością należy się osobom w starszym wieku, które podobnie jak my na rowerach, choć w nieco wolniejszym tempie dążyły na szczyt. Na górze niestety widoczność mocno ograniczona. Ludzi mnóstwo, pewnie z tego względu, że wierzchołek ma bogatą infrastrukturę turystyczną.


Na szczyt można również wjechać zabytkową kolejką.

Rozpoczynamy zjazd, inną drogą niż tu wjechaliśmy. Mgła robi się bardzo gęsta, dlatego wolimy zachować spokojne tempo, niemal cały czas hamując. Powoduje to mocne rozgrzanie obręczy w rowerach, dlatego robimy co jakiś czas krótkie przerwy.

Węzeł szlaków turystycznych. System oznakowania szlaków w górach Harz jest według mnie mniej funkcjonalny niż w polskich górach.


Przekraczamy dawną granicę byłej NRD i RFN. Na koronie zapory zachował się słup graniczny.

Długo czekaliśmy na gorący posiłek, ale w końcu się doczekaliśmy. Obiad gotujemy na ognisku w specjalnie przygotowanym do tych celów miejscu.

Po ostatnim zjeździe z gór docieramy do Bad Harzburg. Spotykamy Polaka, obecnie mieszkańca Stuttgartu, który zmierza do Łodzi odwiedzić swoją rodzinę. Chwali się sakwami extrawheel zakupionymi przez internet w Polsce.

Niemiecki porządek
Miejscowość Goslar swoją zabudową bardzo przypomina Quedlinburg. Podobnie jak w odwiedzonym niedawno mieście, również tutaj obserwować można niezwykłą zabudowę z muru pruskiego. Nie przypada nam jednak do gustu tak bardzo jak tamto. Po części jest to efekt położenia w równinnym terenie, ale chyba przede wszystkim pogody. Zrobiło się pochmurno i zaczął padać drobny deszcz.



Wyjeżdżamy z miasta, gdy robi się już ciemno. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Rezygnujemy z pola kukurydzy, które mijamy i postanawiamy znaleźć chociaż kawałek lasu. Mamy jednak z tym problemy. Jak okiem sięgnąć, wokół pola ciągną się aż po horyzont. Zabudowania gospodarskie również sugerują, że jest to obszar bardzo intensywnego rolnictwa. Miejscowości o układach wielodrożnic grupują niespotykane w Polsce w takim nagromadzeniu wielkie zabudowania gospodarskie. Zjeżdżamy z głównej drogi, by dotrzeć do upatrzonego na mapie lasu. Mamy trochę problemów z obraniem zaplanowanego kierunku. Pomimo zakazu wjeżdżamy w jakieś prywatne drogi.
Co ciekawe drogi wewnętrzne niektórych dużych gospodarstw rolnych są wyasfaltowane. To jest właśnie jednym z mankamentów podróżowania rowerem po Niemczech. Nie ma tam takiej swobody wyboru dróg jak w Polsce, gdyż część z nich, zwłaszcza tych leśnych należy do prywatnych właścicieli. Po noclegu w niezbyt przyjemnym miejscu - mrocznym lesie, znowu mamy problemy z orientacją, a raczej z tutejszymi drogami. Asfaltowa droga, którą jedziemy kilka kilometrów nagle się kończy... w gospodarstwie. Trudno się teraz wracać taki kawał drogi. Na szczęście niedaleko przebiega jakaś droga, bo widać przejeżdżające samochody. Pokonujemy kanał i przez pola docieramy do porządnej drogi. W drodze do Hanoweru zwiedzamy jeszcze Hildesheim - miasto z ciekawymi zabytkami takimi jak romańska katedra i kościół św. Michała. Jadąc do Hanoweru pokonujemy niemal wyłącznie malowniczymi ścieżkami rowerowymi. Szczególnie ciekawy odcinek przejeżdżamy już w granicach miasta. Podążamy doliną pośród łąk, mijając liczne stawy. Wiejski krajobraz
kończy się dopiero niedaleko centrum tego ponad półmilionowego miasta. Docieramy nad jezioro, które swoim charakterem przypomina poznańską Maltę. Duże wrażenie robi monumentalny ratusz.


W Hanowerze odwiedzamy jeszcze starówkę, oglądamy z zewnątrz stadion i przejeżdżamy przez Grosser Garten - rozległy barokowy ogród. Nocleg urządzamy sobie w lesie niedaleko miasta.

Barki na Kanale Środkowoniemieckim

W miejscowości Minden robimy dłuższy postój. Przy budynku restauracji podłączamy się na lewo do kontaktu, ale przechodzimy na prawo, gdyż można tu usiąść na ławce. Ładujemy baterie i telefon, a w międzyczasie jemy obiad i czytamy przewodnik o Holandii, do której niedługo wjedziemy. Poniżej ekologiczna poczta.

Wreszcie jakaś zmiana krajobrazu. Pojawiają się niewysokie pagórki i choć jedzie się nieco ciężej, przybywa również siły, na razie tylko Pawłowi.

W pobliżu Lengerich wjeżdżamy na drogę ekspresową, której nie mamy na mapie. Jazda, podczas której co drugi samochód na nas trąbi nie należy do najprzyjemniejszych. Poniżej wzorcowa infrastruktura ścieżki rowerowej.

Jesteśmy w Gronau przy granicy z Holandią. Fakt ten sygnalizują ciekawe w konstrukcji rowery.

Kraina kwiatów, wiatraków, kanałów, polderów i rowerów
Trzeba być uważnym, by spostrzec moment przekroczenia granicy z Holandią. Przejeżdżamy przez graniczne miasto Enschede.

Różnica, która od razu rzuca się w oczy w porównaniu z Niemcami to tłok na ulicach, dużo osób ciemnoskórych, ścieżki rowerowe towarzyszące niemal każdej drodze...

... i przede wszystkim mnóstwo rowerów.

W Delden odwiedzamy tamtejszy park i znajdujący się w nim zamek Twickel. W drodze do Deventer robimy krótki odpoczynek przy wodopoju.

W Holandii niemal wzdłuż każdej drogi przebiega ścieżka rowerowa lub wydzielony pas dla rowerów. Poruszanie się po drogach wraz samochodami jest w tym kraju w większości przypadków niedozwolone.

Odwiedzamy Deventer - miasto malowniczo położone nad rzeką z ciekawymi kościołami. Większą miejscowością jest pobliskie Apeldoorn, które nie jest już tak interesujące. Dobrze, że udało nam się tu dotrzeć. Robi się już ciemno, a za miastem rozciąga się jeden z nielicznych w Holandii kompleksów leśnych, w którym postanawiamy zanocować. Lasy w tym kraju poprzecinane gęstą siecią ścieżek przypominają raczej nasze parki niż prawdziwy las, trudno więc nam znaleźć jakieś odosobnione miejsce. Rano miłą niespodzianką jest jazda pośród rozległych wrzosowisk porastających niewysokie pagórki.

Dzisiaj jest niedziela, a my niestety nie zaopatrzyliśmy się wczoraj w wystarczającą ilość jedzenia. Nie mamy też wody, której zapasy uzupełniamy jednak w jakimś hotelu. Po drodze podjadamy kolby kukurydzy z pól. Takich tradycyjnych wiatraków nie zachowało się w Holandii zbyt wiele.

Docieramy do jeziora, powstałego przez wybudowanie tamy oddzielającej go od Morza Północnego. Woda ma tu niższy poziom niż w morzu, dzięki czemu udało się zagospodarować znaczne obszary odsłoniętego lądu.




Zwodzone mosty to powszechny widok w holenderskim krajobrazie.


Na przedmieściach Amsterdamu odwiedzamy centrum handlowe, które niestety jest zamknięte. Tłumy, które zdromadziły się na parkingu to zasługa zorganizowanego zlotu zabytkowych samochodów.

Najczystsza szklanka w Amsterdamie
W końcu docieramy do Amsterdamu. Pewnie trudno będzie znaleźć jakiś otwarty sklep, poszukujemy więc jakiegoś taniego baru czy restauracji. A nie jest to takie proste. Wprawdzie na liczbę lokali gastronomicznych nie można narzekać, za to na ceny, które są w nich oferowane jak najbardziej. W końcu zamawiamy hamburgery w jakimś podrzędnym barze. Cena 2,5 euro za sztukę. Po zjedzeniu fast foodów odnieśliśmy wrażenie, że nie oczekuje się od nas zapłaty. Postanowiliśmy więc skorzystać z okazji. Nie ujechaliśmy daleko, gdy przed naszymi oczami ukazuje się supermarket. Po zakupach udajemy się nad kanał, by wreszcie porządnie zjeść i poobserwować życie miasta. Z naszych obserwacji wynika, że rower jest najważniejszy na drogach Amsterdamu. Jednośladów jest nieprawdopodobnie dużo, ale ruch odbywa się nadzwyczaj płynnie. Bez wątpienia taki stan rzeczy należy przypisywać wydzielonym pasom ruchu dla rowerów i umiejętnościom kierujących. Pewnie nie bez znaczenia jest również fakt, że światło czerwonene
pełni jedynie funkcję ostrzegawczą. Informuje, że należy się rozejrzeć zanim się przejedzie przez skrzyżowanie. Nie zamierzamy wprowadzać nowych zasad, więc szybko dostosowujemy się do panujących tu reguł. W samym centrum Amsterdamu na Placu Dam spotykamy mojego kolegę ze studiów, który pracuje tutaj w restauracji. Ustaliliśmy, że być może odwiedzimy go jeszcze jutro. Tymczasem robi się już wieczór. Postanawiamy poszukać noclegu za miastem. Kierujemy się na północ i po opuszczeniu miasta, rozglądamy się za odpowiednim miejscem wśród rozległych podmokłych łąk. Po noclegu nad kanałem wracamy do Amsterdamu i bez pośpiechu zwiedzamy miasto. Koło południa odwiedzamy kolegę i koleżankę w ich mieszkaniu. Zostawiamy rowery z bagażami i idziemy na miasto. Dziwne uczucie po tylu dniach jazdy. Po powrocie zabieramy rowery i kierujemy się na zachód opuszczając Amsterdam.
Ci dwaj goście przyjechali do Amsterdamu ze Szczecina autobusem. Tutaj za 10 euro kupili kradzione rowery i od kilku dni zwiedzają na nich Holandię.

Centrum Amsterdamu oplata pierścień kanałów. Za pomocą statków po nich pływających transportuje się towary i ludzi, w tym wielu turystów. Niektórym służą jako miejsce do ustawienia swojego pływającego domu. Poza tym są niewątpliwą atrakcją tego miasta, nadając mu niepowtarzalny charakter.

Zatłoczona ulica Amsterdamu tuż po deszczu.

Piotrek nie ma zbyt wiele czasu, żeby z nami porozmawiać, gdyż akurat obecny jest jego szef. Wystacza go jednak na tyle, by któryś z gości otrzymał naprawdę czystą szklankę.

Piętrowy parking dla rowerów tuż przy dworcu głównym. Trochę trudności musi sprawiać mieszkańcom odnalezienie własnego pojazdu.


Tutaj nocowaliśmy. Przynajmniej było sucho. Jak do tej pory nasz najniżej położony nocleg - pod poziomem morza.

Zapobiegliwość naprawdę godna podziwu.


Szczyty domów zaopatrzone są w specjalne haki, umożliwiające wciąganie mebli do mieszkania. Operacja wprowadzenia ich przez drzwi musiałaby się skończyć niepowodzeniem, gdyż otwory wejściowe są po prostu zbyt wąskie.


Na ulicach spotkać można różne dziwne pojazdy...

W głębi amsterdamski kurier rowerowy.

Może coś by się jeszcze dało z niego wyciągnąć...?


Drewniane chodaki to jedna z popularniejszych pamiątek, którą można nabyć w Amsterdamie. Te na zdjęciu raczej nie są do sprzedania.


Napis reklamowy Amsterdamu. W tle budynek Rijksmuseum - jednego z najważniejszych w Holandii.


Coffeeshopy nie narzekają na brak klientów. Miejsca, w których można zaopatrzyć się w "towar" nie jest trudno znaleźć, szczególnie w centrum Amsterdamu.


W mieszkaniu Weroniki i Piotrka. Mieszkają tutaj jeszcze z dwoma osobami. Prawie jak w akademiku.



Ratusz na Placu Dam.

Sklep z pamiątkami.

Wybór grzybków naprawdę imponujący...

Na ulicach Amsterdamu jest brudno, jednak mieszkańcom i turystom to najwyraźniej nie przeszkadza.

Wiele z kamienic w centrum miasta ma pochylone ściany. Podobno były one celowo w ten sposób budowane, by wciągane na haku meble nie zawadzały ściany. A poza tym zyskuje się tych parę centymetrów powierzchni użytkowej w mieszkaniach, co przy tak gęstej zabudowie nie jest bez znaczenia.


Po powrocie ze spaceru odbieramy nasze rowery. Teraz rozumiem dlaczego mieszkańcy Amsterdamu trzymają rowery na zewnątrz, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę szerokie kierownice ich miejskich rowerów.




Morze, wiatr i wydmy
Jadąc pod wiatr docieramy do leżącego w pobliżu Amsterdamu Haarlemu. Z jeszcze większym wiatrem zmagamy się jadąc już wzdłuż Morza Północnego. Nasze tempo jest nadzwyczaj wolne. Czyż byśmy mieli nie zrobić dzisiaj nawet 100 km? Późnym wieczorem wiatr na szczęście ustaje i dobrze nam się jedzie więc decyzję o szukaniu miejsca na nocleg odkładamy na później. Niemal całą drogę wzdłuż wybrzeża pokonujemy
po wydmach. Nie muszę chyba dodawać, że cały czas poruszamy się po ścieżkach rowerowych.
Górujący nad rynkiem w Haarlemie Grote Kerk. Gotycki kościół prezentuje podobną architekturę do innych obiektów sakralnych w Holandii pochodzących z okresu średniowiecza. Ze względu na fakt, że w Holandii dominuje protestantyzm, wnętrza kościołów są raczej puste i brakuje w nich tak charakterystycznych dla katolickich kościołów ozdób.

Podobnie jak Amsterdam, Haarlem położony jest nad kanałami. Jest tu natomiast o wiele spokojniej. Miasto zachowało też więcej z atmosfery dawnych czasów.

Domki wypoczynkowe ciągnące się wzdłuż wybrzeża na długości kilku kilometrów. Ze względu na dość niską temperaturę, na plażach pusto.

Kurorty Holandii wyglądają nieco inaczej niż nad Bałtykiem w Polsce. Charakterystycznym elementem są wieżowce i wielkie hotele. Zmierzamy w kierunku Zandvort.



Żeby w Polsce budowali takie ścieżki... Kilkanaście kilometrów pokonujemy takimi właśnie ścieżkami po wydmach. Wreszcie jakieś urozmaicenie rzeźby terenu. Holandia to nadzwyczaj równinny kraj. Mieszkańcy muszą więc uważać przejazd nadmorskim pasem za prawdziwie górską przeprawę. Wydmy spełniają ważną funkcję przeciwpowodziową. Są naturalną ochroną terenów położonych poniżej poziomu morza.



Nocujemy na wydmach, w miejscu gdzie jest to zabronione.


Kurort Scheveningen

Kierunek wschód
Dotarliśmy do Hagi - ważnej miejscowości nie tylko dla Holendrów. Znajduje się tu siedziba rządu tego kraju, ale także jest siedzibą Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Oglądamy budynki rządowe i kierujemy się do nieodległego Delftu.

Jest to ciekawe miasto przede wszystkim ze względu na zabytkową zabudowę z górującą wieżą kościoła i położenie nad licznymi kanałami.

Rotterdam znany jest przede wszystkim z największego portu na świecie. Nie warto jest tu przyjechać dla samych zabytków, gdyż zniszczenia wojenne spowodowały, że jest ich dzisiaj niewiele. Jest za to nowoczesna architektura wieżowców, mostów, budynków użyteczności publicznej. Poniżej most Erazma.

Warto obejrzeć Blaakse Bos, czyli zespół oryginalnych domów w kształcie kostek.

Rotterdam, podobnie jak większość miast Holandii to mieszanka narodowościowa. Tradycyjne stroje muzułmańskie są tu czymś powszednim.


Najsłynniejszy mieszkaniec miasta - Erazm z Rotterdamu.

Meczet w budowie. To znak, że ludności wyznania muzułmańskiego jest tu coraz więcej.

Zupełnie odmienny charakter ma Dordrecht. Nie jest to nowoczesna metropolia jak Rotterdam, a spokojne miasto, które zachowało tradycyjny charakter sprzed wieków. Uroku miejscowości dodają malownicze kanały.

Prawdziwych koneserów motoryzacji spotkać można wszędzie.

W końcu wyjeżdżamy z obszaru zabudowanego, który towarzyszył nam niemal od początku dnia. Wkraczamy na tereny rolnicze, o małej gęstości zaludnienia. Przeprawa promowa przez Mozę.

W Holandii naprawdę ciężko jest się zgubić. System oznaczenia ścieżek jest bardzo dobry. Każdy region ma swoją sieć ścieżek, których mapy znaleźć można na punktach węzłowych. Denerwujące jest czasem tylko to, że odległości do miejscowości nie są podawane precyzyjnie i często zdarza się tak, że podążając w jakimś kierunku, odległość wzrasta według drogowskazów zamiast zmniejszać się.

Przemierzamy tereny niemal bezleśne, więc trudno znaleźć nam jakieś sensowne miejsce na nocleg. Spotkana dziewczyna wskazuje nam drogę, która ponoć prowadzi do lasu. Trudno to nazwać lasem, ale trochę drzew tam jest. Odnajdujemy jakiś nieużytkowany domek letniskowy przy jakimś zakładzie przetwórczym. W sumie mało przyjemne miejsce, ale przynajmniej jest dach nad głową.

Heusden to małe miasteczko położone nad Mozą z zachowanymi obiektami pełniącymi niegdyś funkcje obronne.

Wiatrak w Heusden.

W s-Hertogenbosch (lub po prostu den Bosch) największe wrażenie robi na nas ogromna katedra - ponoć najwspanialszy kościół gotycki w Holandii.


Niedaleko granicy z Niemcami odwiedzamy jeszcze Overloon, gdzie w 1944 roku miała miejsce największa bitwa pancerna stoczona podczas II wojny światowej. Wojska alianckie starły się z oddziałami alianckimi, czego wynikiem było zniszczenie ok. 300 czołgów i całe miasto.

W cieniu kolońskiej katedry
Przed nami przejazd przez mocno zurbanizowane tereny Nadrenii Północnej-Westfalii leżące w dolinie Renu, w tym Kolonia - jedno z najważniejszych miast w Niemczech. Nocleg już po stronie niemieckiej.

W Dusseldorfie położonym nad Renem właściwie nie ma jakichś szczególnych atrakcji. Szybko zwiedzamy niewielką starówkę i nadrzeczną promenadą kierujemy się w stronę Koloni.

Kolonia jest miastem znacznie ciekawszym. W cetrum kierujemy się najpierw do widocznej z daleka słynnej katedry. Gotycka świątynia zaskakuje swoimi rozmiarami i architekturą. Nic dziwnego, że jest to najczęściej odwiedzany zabytek w Niemczech.



Po zwiedzeniu katedry inne obiekty nie robią już tak dużego wrażenia, ale niewątpliwie również warte są obejrzenia. Oprócz odbudowanych pieczołowicie po wojnie zabytków warto zwrócić na nowoczesną architekturę.

W tym budynku na początku XVIII wieku rozpoczęto produkcję słynnej wody kolońskiej.

Chwilę przed deszczem...

Sielski krajobraz Hesji
Z Koloni wyjeżdżamy, gdy jest już zupełnie ciemno. Namiot rozbijamy w lesie, ale całą noc słyszymy odgłosy samochodów, gdyż wybraliśmy miejsce tuż przy autostradzie. Nazajutrz zmiana krajobrazu. Rozpoczynamy od dość dużego podjazdu, krajobraz nabiera wyżynnego charakteru.

Wjeżdżamy do Hesji. Jazda staje się jeszcze bardziej przyjemna. Malowniczy krajobraz, mała liczba samochodów na drogach i mało zaludnione tereny.

Na jednej z przełęczy postanawiamy poszukać miejsca na nocleg. Zastanawiamy się nad wykorzystaniem do tego celu ambony, gdy podchodzi do nas myśliwy. Proponuje nam, żebyśmy wybrali sobie miejsce nieco dalej poza zasięgiem jego strzału strzelby. Wspomina też coś o swoim związku z Polską. Idziemy za jego radą i wybieramy pobliski gęsty las świerkowy.

Rano w miejscu noclegu palimy ognisko. Po spakowaniu szybki zjazd z przełęczy i przeszywające zimno. Poranna mgła szybko opada, odsłaniając czyste bezchmurne niebo.

Postacie zrobione ze słomy, ustawione na poboczach dróg to powszechny widok zwłaszcza po żniwach.

Kolejnym górskim akcentem w naszej wyprawie był wjazd na górę Rimberg niedaleko Marburga. Na szczycie wchodzimy na wieżę widokową, skąd rozpościerają się niezłe widoki.

Marburg, jest jedną z najciekawszych miejscowości, którą zwiedzaliśmy. Poniżej wczesnogotycki kościół św. Elżbiety.

Domy przy rynku.


Zamek na wzgórzu.




Hesja jest zdecydowanie najciekawszym landem dla turystyki rowerowej spośród regionów w Niemczech, które odwiedziliśmy na tej wyprawie. Zachowała dużo naturalności w przeciwieństwie do innych obszarów. Tu wypada nam jeden z noclegów. Namiot rozbijamy w ładnych okolicznościach przyrody. Mamy również stół, przy którym jemy kolację i śniadanie.

Szlakiem miast środkowej Turyngii
Turyngia, zwłaszcza jej środkowa część jest obszarem silnie zurbanizowanym. Kierując się z zachodu na wschód odwiedzamy kolejno Eisenach, Gothę, Erfurt, Weimar, Gerę i Altengurg. W drodze do Eisenach, zbaczamy nieco z trasy by obejrzeć ruiny zamku.

W samym mieście warto przede wszystkim obejrzeć zamek Wartburg. Usytuowany na dość wysokim i stromym wzniesieniu jest celem trudnym do osiągnięcia, zwłaszcza dla rowerzysty.

Nocleg w ambonie tuż przed Gothą. Towarzyszące nam od Koloni pagórki stają się coraz niższe...

Gotha - wczesnobarokowy zamek...

...i starówka.

Stolicą Turyngii jest Erfurt - miasto z wieloma ciekawymi zabytkami. Przed zwiedzaniem miasta postanawiamy zakupić coś do jedzenia. Mamy problemy ze znalezieniem sklepu, dopiero po jakimś czasie udaje nam się dotrzeć w okolice dworca, które są swoistą dzielnicą handlową. Przyjęty podział funkcjonalny miasta jest tu skrupulatnie przestrzegany.

W krajobrazie miasta zaskakująca może wydawać się znaczna liczba kościołów - jest tu ich ok. 20. Szczególnie warto odwiedzić kościół św. Seweryna...

...i katedrę.

Weimar kojarzy się przede wszystkim z postaciami Goethego i Schillera, których życie i twórczość literacka związana była z tym miastem.

Dom Schillera.

Kamienice w rynku.

Od lewej: Adam Mickiewicz, Paweł Banaszkiewicz.

Odległość jaka nas dzieli do Jeny niemal w całości pokonujemy szlakiem rowerowym, omijającym ruchliwe drogi. Miasto powinno kojarzyć się ze słynną firmą optyczną Carla Zeissa.


Wieczorem robi się niestety pochmurno i zaczyna padać deszcz. Jest to jednak dopiero zwiastun tego, co ma nas czekać w nocy. Owce nie mają nic przeciwko, dlatego namiot rozbijamy w pobliżu ich zagrody w lesie. Niemal przez całą noc dość obficie pada. Najpierw przemięka supermarketowy namiot, później nasze śpiwory. Najgorsze jest jednak wstawanie. Pomimo nadal padającego deszczu postanawiamy zwijać obozowisko. Wychodząc z mokrego śpiwora należy zmierzyć się z przenikliwym zimnem. W końcu spakowani, zjeżdżamy do nieodległej już Gery. Zmuszeni jesteśmy się jednak zatrzymać na pierwszym przystanku, gdyż deszcz przybiera na sile.

W sumie przejazd krótkiego odcinka do centrum zajmuje nam kilka godzin. Po obfitym śniadaniu ruszamy na objazd miasta, które sprawia wrażenie bardzo zaniedbanego. Nie warto się tu na długo zatrzymywać. Na szczęście pogoda się poprawia i przestaje padać deszcz. W jeździe sprzyja dodatkowo silny wiatr w plecy, który pomaga nam w szybkim dotarciu o Altenburga. W mieście zwiedzamy starówkę wraz z tamtejszym zamkiem.

Zwinger - perła saksońskiej architektury
To już ostatni odcinek naszej wyprawy. Przekraczamy granicę dawnej NRD i aż do samej granicy z Polską będziemy jechać przez Saksonię. Poniżej; takie momenty trzeba uwiecznić na zdjęciu - jedna z nielicznych dróg o nawierzchni nieasfaltowej na naszej wyprawie.

Uwaga na żaby...

Zamek Kriebstain

Przemierzamy tereny typowo rolnicze. Wokół rozpościerają się równinne krajobrazy. Ale to tylko pozory. Płasko jest dopóki nie przecina się żadnej doliny. Nawet niewielkie strumienie przepływają na tym obszarze głęboko wciętymi w podłoże dolinami o stromych stokach. Jazda niemal do samego Drezna wygląda zatem mniej więcej tak; najpierw długi płaski odcinek, później szybki zjazd, mozolny podjazd i cykl się powtarza. Trudno jest zachować jakiś rytm jazdy.


Docieramy do Drezna - stolicy Saksoni położonej nad Łabą.

Najpierw zwiedzamy pałac Zwinger - jedno z najbardziej znanych w Europie założeń barokowych.

Drezno posiada jeszcze szereg ważnych zabytków, które zostały odbudowane po wojnie, gdyż miasto w końcowej jej fazie uległo zniszczeniu. Fakt ten znacząco wpływa na obecny wizerunek miasta. Poniżej wnętrze kościoła Frauenkirche.

A tak prezentuje się świątynia z zewnątrz ze stojącym przed nią pomnikiem Lutra. Łatwo spostrzec ślady niedawno zakończonej odbydowy kościoła.

Żadnych granic
Tereny na północny-wschód od Drezna do dzisiejszego dnia są zamieszkiwane przez mniejszość serbołużycką. Zachowali oni swój język i kulturę, a świadectwem ich bytności na tych terenach są chociażby słowiańskie nazwy miejscowości. Wieczorem docieramy do Budziszyna; jednego z ośrodków wspomnianej mniejszości narodowej z zachowaną ładną starówką.


Jeszcze ciekawszym od Budziszyna jest nieco większe graniczne miasto Gorlitz. Jest to najbardziej na wschód wysunięte miasto w Niemczech.

Po zrobieniu ostatnich zakupów w Niemczech bez pośpiechu wjeżdżamy do Polski. Na odjazd pociągu mamy jeszcze trochę czasu. Podczas przekraczania granicy, zawadzam sakwą o barierkę przewracając ją. Niestety do wejścia do strefy Szengen pozostaje nam jeszcze trochę poczekać, dlatego muszę ją ustawić z powrotem.

Nareszcie w Polsce. Nieczynny budynek dworca PKP w Zgorzelcu.

We Wrocławiu mamy przesiadkę. Robimy szybki tour po mieście.


Podsumowanie
Dzień 1 (3 sierpnia, piątek)
przejechane: 213,13 km, czas: 9h 32min, średnia: 22,36 km/h, max: 36,75 km/h
Dzień 2 (4 sierpnia, sobota)
przejechane: 150,98 km, czas: 7h 51min, średnia: 19,22 km/h, max: 36,75 km/h
Dzień 3 (5 sierpnia, niedziela)
przejechane: 161,52 km, czas: 8h 24min, średnia: 19,22 km/h, max: 44,10 km/h
Dzień 4 (6 sierpnia, poniedziałek)
przejechane: 188,52 km, czas: 8h 38min, średnia: 21,82 km/h, max: 48,74 km/h
Dzień 5 (7 sierpnia, wtorek)
przejechane: 111,67 km, czas: 6h 5min, średnia: 18,34 km/h, max: 47,15 km/h
Dzień 6 (8 sierpnia, środa)
przejechane: 107,25 km, czas: 7h 10min, średnia: 14,97 km/h, max: 59,34 km/h
Dzień 7 (9 sierpnia, czwartek)
przejechane: 122,43 km, czas: 6h 49min, średnia: 17,96 km/h, max: 44,10 km/h
Dzień 8 (10 sierpnia, piątek)
przejechane: 193,35 km, czas: 8h 58min, średnia: 21,54 km/h, max: 57,73 km/h
Dzień 9 (11 sierpnia, sobota)
przejechane: 160,94 km, czas: 7h 53min, średnia: 20,39 km/h, max: 40,70 km/h
Dzień 10 (12 sierpnia, niedziela)
przejechane: 123,73 km, czas: 7h 30min, średnia: 16,50 km/h, max: 39,29 km/h
Dzień 11 (13 sierpnia, poniedziałek)
przejechane: 100,74 km, czas: 6h 39min, średnia: 15,16 km/h, max: 41,41 km/h
Dzień 12 (14 sierpnia, wtorek)
przejechane: 110,40 km, czas: 7h 13min, średnia: 15,30 km/h, max: 37,09 km/h
Dzień 13 (15 sierpnia, środa)
przejechane: 153,74 km, czas: 7h 44min, średnia: 19,89 km/h, max: 37,44 km/h
Dzień 14 (16 sierpnia, czwartek)
przejechane: 121,19 km, czas: 7h 3min, średnia: 17,17 km/h, max: 33,07 km/h
Dzień 15 (17 sierpnia, piątek)
przejechane: 136,68 km, czas: 7h 20min, średnia: 18,63 km/h, max: 60,48 km/h
Dzień 16 (18 sierpnia, sobota)
przejechane: 120,84 km, czas: 7h 20min, średnia: 16,46 km/h, max: 67,39 km/h
Dzień 17 (19 sierpnia, niedziela)
przejechane: 129,52 km, czas: 6h 59min, średnia: 18,52 km/h, max: 67,39 km/h
Dzień 18 (20 sierpnia, poniedziałek)
przejechane: 159,07 km, czas: 9h 18min, średnia: 17,09 km/h, max: 63,50 km/h
Dzień 19 (21 sierpnia, wtorek)
przejechane: 103,24 km, czas: 5h 58min, średnia: 17,29 km/h, max: 54,47 km/h
Dzień 20 (22 sierpnia, środa)
przejechane: 149,79 km, czas: 7h 58min, średnia: 18,81 km/h, max: 71,44 km/h
Dzień 21 (23 sierpnia, czwartek)
przejechane: 68,63 km, czas: 4h 30min, średnia: 15,27 km/h, max: 48,74 km/h
Razem
Przejechane: 2887,36 km Czas: 156h 52min Średnia: 18,41 km/h
W tym: Niemcy - 1816,23 km (62,9%) Holandia - 582,01 km (20,2%) Polska - 489,12 km (16,9%)
Author: Piotrek
Powrót
|