Siadam w przedziale pociągu relacji Łódź Fabryczna – Kraków, gdy jest jeszcze zupełnie ciemno. W Piotrkowie dołącza do mnie Paweł. Rozjaśnia się, ale słońca nie widać. Zachmurzenie całkowite i do tego gęsta mgła. Nie zapowiada się najciekawiej. Wysiadamy w Krzeszowicach przed godziną 11. Szybki objazd miasta. Oglądamy zdewastowany Pałac Potockich położony w rozległym parku. Kierujemy się w Dolinę Eliaszówki, jedną z siedmiu, które zamierzamy odwiedzić. W rezerwacie oglądamy ruiny Diabelskiego Mostu, prowadzącego niegdyś do jednej z licznych pustelni rozrzuconych po okolicy. Obecnie karmelici mieszkają w klasztorze, którego również nie ominęliśmy. Zlokalizowany w Czernej zachował jedną z najsurowszych reguł spośród zgromadzeń zakonnych. Z doliny wyjeżdżamy przez Paczółtowice. Krótki posiłek przy drewnianym kościele, szybki zjazd i już jesteśmy w Dolinie Racławki. Jedziemy pieszymi szlakami prawie wyłącznie lasem nie mijając po drodze zabudowań. Dolina Szklarki, którą następnie jedziemy ma już zupełnie inny charakter. Prawie cała jest zabudowana i przebiega przez nią asfaltowa droga, ale na pewnych odcinkach obserwować można interesujące skały, wyrastające z wysokiego, porośniętego lasem zbocza. Po wydostaniu się z doliny, jedziemy wśród pól docierając do podnóża Grodziska (513 m), pretendującego do najwyższego wzniesienia na Jurze. Spotykamy amatorów wspinaczki skałkowej. Widoczność maleje jeszcze bardziej. Wchodzimy się na najwyższą skałkę i rozglądamy się wokół. Ledwie widać zabudowania oddalone o kilkaset metrów a pomyśleć, że przy dobrej widoczności widać stąd nawet Tatry. Atrakcyjność jaskiń nie jest już tak uzależniona od warunków atmosferycznych. Zwiedzamy nieodległą Jaskinię Nietoperzową. Nazwa wzięła się z licznie występujących tu niegdyś tych ssaków. Ciekawa jest tutaj nie tylko szata naciekowa, ale także historia jaskini, o której opowiedział nam przewodnik. Do Doliny Będkowskiej prowadzi niebieski szlak. Jest to duża dolina, uważana za drugą po Prądnika pod względem atrakcyjności. Rzeczywiście, przedstawia interesujące formy skalne, a do tego jest prawie niezamieszkana i nawet latem nie jest tutaj tak tłoczno jak w Dolinie Prądnika. Po drodze do Doliny Kobylańskiej przejeżdżamy przez Będkowice. Dolina ta szczególnie przypadła nam do gustu. Pomimo, że jest jedną z krótszych, jest niezabudowana i prowadzi przez nią ścieżka wijąca się wśród niezwykle ciekawych, stromych ścian wapiennych. Docieramy do Bolechowic. Tutaj zaplanowałem nocleg. Robi się już ciemno i raczej nie mamy już szans objechać jeszcze dwóch dolin. Jedziemy więc do gospodarstwa agroturystycznego, gdzie mieliśmy nocować. Warunki nie najgorsze, ale wyposażenie pokoju bardzo oszczędne.
Przejechane: 46,99 km Czas: 3h 41 min Średnia: 12,77 km/h
Dzień 2 (15 października, niedziela)Śladami krakowskich rowerzystów
Od rana niestety pochmurno, ale widoczność jest lepsza niż wczoraj. Zaczynamy dzień od przejazdu przez Dolinę Bolechowicką. Prowadzi do niej droga, którą płynie strumień. Na szczęście obok jest ścieżka, którą można przejechać suchą oponą. Najciekawsza jest tu brama otwierająca wejście do doliny. Tworzą ją wysokie skały, stromo wyrastające po obu jej stronach. Dalsza część nie jest już tak atrakcyjna. Jedziemy mało widokową ścieżką wśród gęstego lasu. Żółty szlak zaprowadza się do Wierzchowic. Podjeżdżamy pod Jaskinię Wierzchowską Górną, która jest jeszcze zamknięta. Próby dostania się do niej kończą się niepowodzeniem. Penetrujemy natomiast Jaskinię Dziką, w której musimy się czołgać, żeby dotrzeć do dalszych komnat. Czarnym szlakiem docieramy do malowniczej Doliny Kluczwody. Przy jednym z gospodarstw oglądamy słupki graniczne, symbolizujące dawną granicę austriacko – rosyjską. Ponownie docieramy do Bolechowic. Tutaj się gubimy, gdyż wybieramy różne drogi. Ja pojechałem do Zabierzowa, a Paweł krąży po niebieskim szlaku. Po dłuższym czasie dzwoni do mnie, ale ja jestem znowu w Bolechowicach. Wracam do Zabierzowa i... czekam na Pawła, bo jak się później okazało poszedł do sklepu. Przez nieporozumienie straciliśmy dużo czasu. Szybko docieramy na lotnisko Balice, nie zwracając szczególnej uwagi na Skałę Kmity. Przy terminalu zjadamy posiłek i po krótkim czasie jesteśmy już w granicach administracyjnych Krakowa. Czerwonym szlakiem wjeżdżamy do Lasu Wolskiego, najpopularniejszego terenu wypoczynku mieszkańców Krakowa. Trochę wysiłku kosztuje nas podjazd do podnóża Kopca Piłsudskiego. Wjeżdżamy na niego rowerami, pomimo zakazu. Gdy wracamy, pojawia się ochroniarz. Słuchamy jego wskazówek wskazówek zjeżdżamy dalej. Przejeżdżamy obok zoo, a po chwili jesteśmy przed klasztorem kamedułów. Niestety jest zamknięty. Drogami po bardzo urozmaiconym terenie docieramy pod Kopiec Kościuszki, ale nie wchodzimy na górę. Jadąc wzdłuż Wisły mijamy Salwator i Wawel. Spod Smoczej Jamy jest już niedaleko do kościoła na Skałce. Miejsce to związane jest ze świętym Stanisławem, który został zamordowany przez Bolesława Śmiałego przez poćwiartowanie i którego ciało podobno w sposób cudowny się zrosło po śmierci. Do odjazdu pociągu pozostało już niewiele czasu. Robimy szybką objazdówkę po Kazimierzu, zatrzymując się przed synagogami. Na Starym Mieście runda po rynku. Zaglądamy do kościoła mariackiego, by obejrzeć słynny ołtarz. Stąd już niedaleko na dworzec. Wsiadamy do „Reymonta”. Paweł wysiada w Piotrkowie, a ja kończę wycieczkę w Łodzi.
Przejechane: 71,65 km Czas: 5h 27min Średnia: 13,16 km/h
Podsumowanie
Przejechane: 118,64 km Czas: 9h 8min Średnia: 13,0 km/h
W tym:
woj. małopolskie - 110,30 km (93,0%) woj. łódzkie - 8,34 km (7,0%)