Wczwartek, w Boże Ciało, mimo fatalnych prognoz pogody na długi majowy weekend, około północy wsiedliśmy na dworcu Kaliskim w pociąg do Nowego Sącza. Po 9 rano byliśmy na miejscu i na szczęście już nie padało. Objechaliśmy miasto w poszukiwaniu atrakcji, zobaczyliśmy m.in. odnowiony ratusz i basztę szwedzką.
Udaliśmy się do Starego Sącza, gdzie zwróciliśmy uwagę na klasztor ss. Klarysek XIII w., bramę Szeklerską i ołtarz papieski. Zapytany przeze mnie o pogodę kręcący się przy klasztorze pan odpowiedział, że możemy jechać spokojnie, bo najbliższe 2 dni maja być ładne (a jeszcze w Nowym Sączu słyszeliśmy coś innego).
Po wyjeździe z miasta skierowaliśmy się w kierunku Moszczenicy Niżnej, dokąd prowadzi szlak architektury drewnianej z uwagi na piękny zabytkowy drewniany kościół XVI/XVII w. oraz dzwonnicę (XVIII/XIX w.).
Ze szlakiem tym będziemy spotykać się niejednokrotnie na wycieczce. Z racji błędnego oznaczenia szlaków na mapie mieliśmy problem z ustaleniem drogi, która zaprowadziłaby nas na Przehybę. Po długiej analizie mapy i terenu na zmianę, w końcu ruszyliśmy, jak się okazało słusznie obrana drogą. Na Przehybę prowadził asfalt niemal na sam szczyt, którym na późniejszym odcinku przebiegał też szlak narciarski.
Jest to najwyżej położona szosa w Beskidzie Sądeckim, z nachyleniem miejscami ponad 10%, uznawana za jeden z najtrudniejszych szosowych podjazdów w Polsce. Na szczycie 1175 m n.p.m. jest schronisko, gdzie zjedliśmy zasłużony obiad w postaci żurku z kiełbasą.
Droga zjazdowa daleko odbiegała od tej z podjazdu: było ślisko, błotniście, miejscami dosyć stromo.
Był to czarny szlak rowerowy, którym zjechaliśmy do wodospadu Zaskalnik.
Udaliśmy się do Szczawnicy zwiedzając park zdrojowy i pijalnie wód. Nocowaliśmy w schronisku PTTK Orlica w domku, gdzie panowały iście turystyczne warunki, choć była to o wiele lepsza alternatywa od spędzenia zimnej nocy w namiocie.
Rowerowy zjazd nad Dunajcem i wjazd na Turbacz
Następny dzień zapowiadał się już od rana pogodnie. Podziwialiśmy Pieniny jadąc cały czas wzdłuż Dunajca.
Dotarliśmy na Słowację do miejscowości Cerveny Klastor, jednak szybko wróciliśmy na polską stronę do Sromowców Niżnych, a dalej czerwonym szlakiem do zamku w Niedzicy.
Zwiedziliśmy zamek (XIV w.): ja po raz drugi, dla Pawła był to debiut. Po wizytacji na zamku jechaliśmy asfaltem wzdłuż Jeziora Czorsztyńskiego, dalej przez Faszyn i Frydman, gdzie zaopatrzyliśmy się porządnie w prowiant, ponieważ naszym celem był podjazd na Turbacz.
Na szczyt wjeżdżaliśmy czerwonym szlakiem rowerowym, który prowadził przez inny szczyt niemniej wysoki Kiczorę (1282 m n.p.m.) i przełęcz Długą. Z Gorców roztaczały się przecudne widoki, jest to szlak godny polecenia dla turystów rowerowych.
Planowaliśmy nocować w jednym z szałasów, których było mnóstwo zaznaczonych na mapie, ale po pierwsze były pozamykane na cztery spusty, a po drugie nie było ich tak wiele jak oczekiwaliśmy.
Dlatego i tym razem skorzystaliśmy ze schroniska; tutaj były bardziej przyjazne warunki i nawet dla rowerów znalazło się specjalne miejsce do spania.
Beskid Makowski
Ponieważ schronisko Na Turbaczu nie znajdowało się na samym szczycie rano czekał nas niewielki podjazd do wysokości 1315 m n.p.m. Zjazd rozpoczęliśmy jednak od dźwigania rowerów, na drodze bowiem było wiele powalonych drzew.
Przez Porębę Wielką, Niedźwiedź dotarliśmy do Mszany Dolnej; mieliśmy problem ze znalezieniem otwartego sklepu, a głód poważnie dawał nam się we znaki. Z Mszany wyjechaliśmy droga wijącą się wzdłuż rzeki Mszany, która uchodziła do Raby. Skręciliśmy na Kasinkę Małą, po drodze szukaliśmy dogodnego miejsca na popas. Zrobiliśmy postój po odnalezieniu czerwonego szlaku, gdzie był punkt widokowy.
Szlak prowadził przez Lubomir (904 m n.p.m.) w Beskidzie Makowskim. Na szczycie znajdowało się obserwatorium astronomiczne.
Z racji niedzieli na szlaku tego dnia było sporo osób. Ok. 18 dotarliśmy do schroniska Kudłacze, obok którego przebiegał szlak czerwony.
Tutaj postanowiliśmy przenocować. Zaproponowano nam przyjemne pokoiki z widokiem na Babią Górę: jeden dla nas, drugi dla rowerów. Paweł skorzystał z wczesnej godziny i bez bagażu wybrał się na przejażdżkę zielonym i czerwonym szlakiem. Wrócił całkiem zadowolony (podobno stromo;))
Beskid Makowski c.d.
Ranek rozpoczęliśmy od pięknego zjazdu do Pcimia, przez który przepływa wspomniana już Raba.
Zrobiliśmy zaopatrzenie i po raz kolejny mieliśmy podjazd z sakwami pełnymi jedzenia (szczególnie Paweł)
Przed wkroczeniem na żółty szlak prowadzący przez Pasmo Koskowej Góry rozbiliśmy obóz na przepięknej polanie.
Paweł w obawie przed odwodnieniem wrócił się do pobliskiego domu w celu nabrania zapasu wody na dalszą drogę. Trzeba przyznać, że droga nie była nudna: znalazło się trochę błota, były kamieniste podjazdy, źródełka wypływające na środku drogi i na każdym kroku piękne krajobrazy.
W okolicach Koskowej Góry (866 m n.p.m.) przesiedliśmy się na niebieski szlak bardzo dobrze oznakowany zresztą.
Od tego miejsca zaczął się zjazd, miejscami bardzo stromy.
Wstąpiliśmy na czerwony szlak, który okazał się mało przyjazny, wyglądał na nieuczęszczany. Ale właśnie na tym szlaku mijaliśmy drewnianą chatkę ogrodzoną i zalesiona wokół.
Wpadliśmy na pomysł, aby tu przenocować, choć pierwotnie plany noclegowe padły na Lanckoronę. Ponieważ noc była ciepła spaliśmy w śpiworach na werandzie pod daszkiem.
Zjazdowy dzień
Dotarliśmy do asfaltu i zjechaliśmy w dół do Skawinek niebieskim szlakiem rowerowym. Był tam drewniany kościółek z 1733 r. Dosyć szczegółowo zwiedziliśmy Lanckoronę, kolejna miejscowość na naszej trasie. Miasteczko to wyróżnia się zachowana oryginalną drewniana zabudową z II połowy XIX w.
Na szczycie Góry Lanckorońskiej (545 m n.p.m.) znajdują się ruiny zamku z XIV w.
W drodze do Krakowa nie mogliśmy ominąć sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie znajduje się bazylika, klasztor bernardynów oraz zespół 42 kapliczek położonych między górami Żar i Lanckorona i wpisanych na listę UNESCO.
Nasza mapa kończyła swój zasięg na Kalwarii, dlatego wstąpiliśmy do pobliskiej księgarni, aby zerknąć na mapę, którędy najlepiej jechać do Krakowa. Pociąg mieliśmy po 17, pozostało nam ok. 30 km drogi, które pokonaliśmy w szybkim tempie, ponieważ jechaliśmy prawie cały czas z górki.
Pokręciliśmy się po Krakowie, obleganym niesamowicie przez turystów, zjedliśmy posiłek nad Wisłą, Paweł spotkał kolegę ze szkoły średniej i skierowaliśmy się na pociąg. Ok. 23 byliśmy w domu.
Nie sprawdziły się (na szczęście) prognozy przewidywane przed wyjazdem. Mimo, że dwa pierwsze dni były pochmurne, nie spadła na nas ani jedna kropelka deszczu.